To nie taka miłość, jak się wydaje

Że na zawsze, póki śmierć nie rozłączy albo igła nie złamie. Na dobre i złe, w szczęściu, nieszczęściu, na zimę i lato. Że taka piękna, na pewno trwała, romantyczna. Ale różne związki się rozpadają, pękają po kawałku i coraz bardziej, mimo kół ratunkowych i telefonów do przyjaciela.

A było ich kilka.

Wróciłam do punktu wyjścia, w którym kiedyś przystanęłam i zastanawiałam się, co dalej. A potem przymknęłam oko, jak przymyka się, kiedy coś przestanie działać z nadzieją, że przez noc samo się naprawi. No to nie naprawiło. 

Z boku wszystko wygląda inaczej. Z boku jest pięknie, miło i są kolory. Ładne obrazki, urywki i neutralne cząstki. Z boku można wywnioskować życie (prawie) idealne, z miłością przez duże M. Tylko czasem (czasem często) pozory mylą.

Wyczerpałam się. Wyczerpałam na teraz i być może z miłością na sprzedaż. Złączyłam się z szyciem dawno temu z własnej woli, ciekawości i nikt mi nie kazał. Przyczepiłam sobie może nawet etykietkę, ale nie ślubowałam, że to na zawsze. Przynajmniej nie w tej formie.

Pewnego dnia zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy. Właściwie zdawałam sobie od dawna, a potem przykrywałam wszystko jak ciasto lukrem. Aż zrobiło się za dużo – lukru i rzeczy, dosłownie. W przedpokoju na stojaku wiszą ubrania. W pokoju, w szafce i na szafce są ubrania i materiały. Pod ścianą, w dużych pudłach leżą dodatki, ścinki, uszyte rzeczy. Maszyny na biurku, deska do prasowania w przejściu do kuchni i właściwie nie ma już miejsca na zwykłe życie, oprócz kanapy rozkładanej do spania co wieczór. Gdzieś się rozminęliśmy, jak rozmijają się ludzie, co choć są razem, to jakby osobno.

Zrobiło mi się przykro, ciężko i coraz mniej miałam ochotę wracać do tej przestrzeni. Wszystko przestało mnie cieszyć i zaczęłam się zastanawiać, na ile to jest jeszcze moje. Czy miłość przez duże M istnieje. Czy można tak po prostu przerwać relację, która trwa 5 lat formalnie, a nieformalnie jeszcze dłużej. Że z rozsądku to pewnie nie wypada, ale tak z środka, to czuć tak mocno, jak bez w maju przez okno.

Potrzebuję przerwy. Nie wiem jeszcze jak długiej i co z tego wyniknie. Po latach szycia uważam, że to jedna z najfajniejszych umiejętności, jaką można mieć i będę ją pielęgnować, tylko nie wiem czy w formie na sprzedaż. Może kiedyś, może pojedynczo, w niewielkich ilościach. Wiem, że nie chcę uzależniać od tego wszystkiego – swojej wartości od sprzedaży, ilości rzeczy i wydrukowanych paragonów. Że jest jeszcze kilka ścieżek, których jeszcze nie sprawdziłam i na które sobie tak naprawdę nie pozwoliłam

Bo poza tym, lubię jeszcze pisać. 

Lubię patrzeć na świat z poziomu obiektywu, a filmowy kurs Globstory kurzy się już za długo.

Lubię drobne wycieczki, piesze, pociągiem, jednodniowe, z plecakiem.

Lubię kombinować w Canvie i robić proste grafiki.

Lubię blogować nawet, jak niewiele osób blogi czyta.

Lubię dostawiać i odejmować elementy na stronie internetowej, wstawiać kody i sprawdzać, jak to wszystko działa i że wygląda całkiem przyzwoicie.

Lubię dzielić się codziennością, parzyć kawę i odwiedzać Bałtyk.

Lubię chodzić na targ, przynosić pęczki koperku i patrzeć, jak truskawki na jesień ustępują miejsca wszystkim odmianom jabłek.

Chciałabym po prostu już sobie tego nie zabraniać. Może gdzieś pomiędzy odnajdę jeszcze nie wydeptaną ścieżkę i znajdę w życiu swoje miejsce. Ale na razie, na razie chcę jeszcze poszukać. I popróbować.