W idealnym świecie…

W idealnym świecie…

W idealnym świecie wszyscy kupowaliby tylko polskie marki i to w regularnych cenach. Jakość byłaby tylko najlepsza, środowisko szczęśliwe i te owce na łące, co dają raz wełnę, a raz mleko. Prawie wszyscy byliby weganami albo wegetarianami, codziennie praktykowali uważność, odprawiali medytację i jeszcze jogę wieczorem. Rano budziliby się wyspani, rytualnie parzyli kawę, rozciągali się i przygotowywali górę naleśników na śniadanie. Przed snem paliliby wyciszające kadzidełko, zapisywali kartkę w dzienniku i kładli się co najmniej na 8 dobrych godzin.

Tylko… świat idealny nie istnieje.

W tym realnym czasem budzik nie zadzwoni. Czasem portfel nieoczekiwanie się uszczupla i wypada wizyta lekarska. Czasem na ślepo zaufa się obietnicom na stronie internetowej, a potem już jawnie się rozczaruje, że ta jakość to nie taka, jak być miała. Czasem zamiast pożywnej owsianki wpadnie sucha bułka z piekarni, na trening zabraknie siły, a po drodze z pracy trzeba zakupy zrobić i załatwić kilka spraw przy okazji.

Nikt nie sprawdza, czy za metką z wełną stoi etyczna hodowla owiec, czy bawełna jest z kontrolowanej uprawy, skąd przyjechała i kto w ogóle szył tę koszulkę, która leży w szafie na górnej półce.

Zdarzają się potknięcia. Zdarza się nieuważność. Zdarza się zaufanie na wyrost. Rozczarowanie i strata, zbyt dużo cukru w deserze, ubrań w szafie i zmartwień na co dzień. Bo gdyby wszystko śledzić, dociekać, sprawdzać i praktykować, to moglibyśmy się potknąć o siebie samych.

Tylko z drugiej strony, te wszystkie “idealne wzorce” bardzo łatwo przyjmujemy. Jak ktoś powie, żeby jeść tylko białko, to nagle każdy chce więcej białka. Jak nie używać poliestru, bo jedynym słusznym wyborem jest bio bawełna, to nagle wszystko jest z bio bawełny i jeszcze wegańskie. Jak ktoś pokaże, że teraz must have to beżowy koc, a w ogóle jesienią nie można nie mieć kubka w kształcie dyni, bo tylko wtedy herbata dobrze smakuje, to wszędzie kubki i koce są wykupione. A pomiędzy mało kto się potrafi zatrzymać i zastanowić, czy ten koc, kubek i białko to na pewno ja. Że do tej pory to w sumie tego nie brakowało i jakby nie rzuciło się nigdzie w oczy, to by nawet na myśl nie przyszło – że przecież potrzebne. Że właściwie układ z herbatą to taki nienajlepszy, a do kawy ukochana filiżanka czeka w szafce. Beżowy koc pięknie wygląda na zdjęciach, ale w prawdziwym życiu szybko się brudzi i trzeba by go często prać. Białko buduje mięśnie, ale jeśli się nad nimi nie pracuje, to wystarczy to tofu albo twarożek w lodówce i nie trzeba kupować kilogramowej torby o smaku waniliowym. No chyba, że na próbę i z ciekawości, bo przecież można sprawdzić.

Chłoniemy te czyjeś życia, wybory i ładne obrazki. Przyjmujemy za prawdę to, co ktoś powiedział w internecie, bo ma bardzo dużo obserwujących. Kierujemy się zdaniem innych (nie tylko wspomagamy opinią), a im częściej powtarzają się reklamy, tym bardziej wzbudzają poczucie, że TRZEBA to mieć. Bo wszyscy mają. Bo jest o tym głośno. Bo TikTok, bo Instagram. A jak ktoś powie, żeby wsłuchać się w siebie, to mało kto potrafi usłyszeć. Mało kto wie, jak się zatrzymać, jak to zrobić i gdzie jest hamulec awaryjny w tym pędzącym pociągu. 

Czy ten kolejny, poliestrowy koc jest potrzebny? 

Czy jeszcze jeden płaszcz na zimę, skoro dwa już wiszą w szafie?

Czy ta piękna, czarna, satynowa sukienka, która jest modna w tym roku, ale w przyszłym to inni powiedzą, że takich się już nie nosi?

Czy bawełniana koszulka z metką “wegańska” to dodatkowa cecha, za którą warto zapłacić, choć prawie wszystkie ubrania są wegańskie?

Czy kolejna paletka do cieni, jesienny odcień szminki i viralowa baza pod podkład w różowym opakowaniu faktycznie muszą znaleźć się w każdej łazience?

O ile łatwiej byłoby, gdyby reklamy zamiast wywoływać kolejne potrzeby i wywlekać braki, kierowałyby się zaspokojeniem potrzeb.

O ile łatwiej byłoby, gdyby zawsze określenie “polska marka” oznaczało, że to super i właściwie można by było brać w ciemno.

O ile łatwiej byłoby, gdyby to łatwo dostępne jedzonko było napakowane zdrowszymi składnikami i bez obaw można by sięgać po to na półkach w marketach.

O ile łatwiej byłoby dbać o siebie i innych, bez zbędnego zastanawiania się nad każdym krokiem i wyborem.

Tylko wciąż ten idealny świat to nie istnieje. Może po prostu trzeba to przyjąć i nauczyć się nieidealnie poruszać. Nie w trybie 0 lub 1, ale w takim o trochę lepiej. O trochę na co dzień. O trochę na przyszłość.

Garść liści do obiadu albo kawałek marchewki.

Krótki spacer rano, zanim dzień zacznie się na dobre.

Jedna koszulka z grubej bawełny zamiast pięciu z wyprzedaży, które skręcają się w pralce.

Wyjście bez makijażu, kiedy ma się na to ochotę i bez poczucia, że do świata to tak nie wypada.

O świeczkę mniej, bo jeszcze 3 czekają w kolejce, choć tę właśnie wszyscy reklamują.

O porządną kurtkę przeciwdeszczową więcej, żeby jesień nie była taka straszna i nie łamała więcej parasoli.

Trochę ciszy w ciągu dnia nawet, jeśli niedaleko szumią tramwaje.

Kawałek krócej o światło ekranu przed snem.

O stronę książki więcej.

O przeżywanie swojego życia przez 5 minut dłużej, zamiast oglądania czyjegoś na telefonie.