Ostatni toast za niespełnione marzenia

Ostatni toast za niespełnione marzenia

Minął rok. Rok od dużej porażki, lekcji, doświadczenia (można wstawić cokolwiek), z którego tak naprawdę się jeszcze nie pozbierałam. Rok, który wstrząsnął życiem jak nigdy wcześniej i popękał jak wazon sklejony przed mamą przezroczystą taśmą z nadzieją, że nic nie zauważy. Rosło sobie tak we mnie wszystko jak mleko w garnku i drożdżowe ciasto w misce, aż wyszło poza. No wzięło i się wylało.

Przez ten rok czułam się gorsza od wszystkich, jak człowiek na poziomie -10, niewiele warty. Jak zużyty bilet autobusowy, którego nie szkoda, jak się wypierze w kieszeni spodni. Straciłam wszystko, do czego dążyłam, czym żyłam przez ostatnie dwa lata co najmniej. Przestałam czuć cokolwiek, oprócz pustki i zawieszenia, jakby ktoś włączył pauzę w głowie i w ogóle w całym systemie operacyjnym w środku człowieka. Przestałam mieć powody do wstawania, bardzo zobojętniałam i było mi naprawdę wszystko jedno. Dużo płakałam, równie dużo miałam żalu w sobie i najwięcej do siebie. Czułam, jakbym na nic ani na nikogo nie zasługiwała i że chciałabym tak po prostu zniknąć. Uciec. Obudzić się w jakimś miejscu, gdzie nie będę miała żadnych łatek, a najbardziej tych od siebie. I gdzie będę mogła na nowo zbudować swoją wartość. Bo naokoło wszystkim się udawało

Ktoś kupił mieszkanie.
Ktoś samochód.
Ktoś zaczął budować dom.
Ktoś zmienił pracę.
Ktoś wystrzelił coś w kosmos.
Ktoś znalazł miłość, ktoś znalazł najlepsze oparcie i wcale nie było to najdroższe krzesło z najnowszego katalogu Ikea.
Ktoś wyglądał jak milion dolarów, ktoś wyjechał w daleką podróż, ktoś…
Tylko nie ja.

Podobno najwięcej oceniamy siebie sami bo inni są zajęci za bardzo własnymi życiami, żeby dostrzec cokolwiek. Tylko czasem bardzo trudno jest się nie porównywać. Szczególnie, jak się straciło wszystko. Szczególnie, jak wszystkim obok się tak dobrze wiedzie. I tak na okrągło. Jak płyta, która nie ma innej ścieżki dźwiękowej, włącza się sama i tylko czasem wyłącza, kiedy głowę zajmie się czymś innym.

Bardzo było mi bez różnicy czy pada, czy jest bardziej szaro niż wczoraj i która jest godzina. Chciałam przespać porę porannego biegania, żeby mieć mniejsze wyrzuty sumienia i stwierdzić, że już jest za późno i może wypadałoby zabrać się za życie. Albo chociaż zrobić kawę, umyć włosy, czy coś. Naprawdę było mi wszystko jedno, jak jeszcze nigdy wcześniej. 

Wiedziałam, że muszę zrobić coś, czego być może później będę żałowała, ale była to jedyna deska ratunku, jaką wtedy widziałam. Powrót na cały etat. Bo trzeba będzie wstawać rano i nastawić budzik, żeby zdążyć. Trzeba będzie zająć czymś innym myśli niż tylko stratą albo aż stratą. Mam z tym problem, bo ludzie często mówią, że to tylko pieniądze. Mówią “ciesz się, że jesteś zdrowa”, ale w tym miejscu zdarzenia też odbiły stempel. Umniejszamy swoim tragediom, jakby się nic nie wydarzyło i lepiej je zamiatać pod dywan niż przeżywać naprawdę. A dla kogoś obecnie największą może być złamane serce, strata kogoś bliskiego, pracy, poczucia sensu. Czymkolwiek by nie był. 

Bo te “tylko pieniądze” to zarabiałam odkąd zaczęłam w swoim życiu pracować. To były całe oszczędności i marzenie, w które wierzyłam jak w nic innego. Do którego szłam w zaparte i chciałam światu i sobie przede wszystkim pokazać, że można. Aż usunął mi się grunt pod nogami, została przepaść i ja sama na krawędzi. Bo z kim miałam się tym podzielić i kogo poprosić o pomoc? Nie wiedziałam. 

Na policji usłyszałam, że oszustwo na 70 tysięcy wcale nim nie jest, bo po drugiej stronie gość wykazywał dobrą wolę. Wyszłam z komisariatu z takim poczuciem winy, jakbym to ja popełniła przestępstwo. Zaczęło mi się sypać zdrowie i nie miałam na prywatne wizyty lekarskie. I nikomu nie chciałam się do tego przyznać – ze wstydu.

Postanowiłam wziąć gap year. Zawiesić działalność, wyprzedać, co miałam, pobyć na tym etacie, na który się chodzi, siedzi 8 godzin i wraca. Nic więcej. Nic nie trzeba. 

Nie wytrzymałam.

Przez chwilę było  nienajgorzej i równie  chwilę później uświadomiłam sobie, że zamknęłam pewną drogę. Że na tym etacie to najwięcej jest czyichś zadań i tych dla kogoś. Że potrzebuję się spełniać w jeszcze inny sposób, tworzyć i kreować coś po swojemu nawet, jeśli znów miałoby coś nie wyjść. Albo zacząć ostrożnie.

No to zaczęłam.

W lato przygotowywałam i szyłam rzeczy tak po prostu. Bez presji, bez planu, dla realizacji własnego środka. A potem pomyślałam, że jak we wrześniu wszyscy wracają do szkół, to może i ja we wrześniu wrócę do siebie? Zamiast Back to school będzie Back to Kroi się i po prostu zobaczymy, co z tego wyjdzie. Gdzieś usłyszałam, że wrzesień jest też miesiącem cyrkularnej mody, drugiego obiegu i w ogóle lepiej się  nie mogło złożyć. To były znaki tak jasne, jak błyskawica na niebie i z którymi się nie dyskutuje. Napisałam do swojej księgowej, że zaczynamy raz jeszcze. I czy nadal chce ze mną współpracować. Chciała. I nawet cieszyła się, że wracam. 

Nie wypełniłam swojej listy Gap Year 2023 i być może nie musiałam. Może lepiej było odhaczyć ją tylko w połowie i po prostu zająć się tym, żeby na co dzień było lepiej…? Nie wiem. Ale chciałam ruszyć i chociaż trochę się odblokować. Mieć jeszcze jedno zajęcie, ale tym razem takie najbardziej zgodne ze mną, z nikim innym, gdzie sama sobie mówię, co trzeba, co dobrze byłoby zrobić i jak. Za które będę odpowiedzialna i jeśli wyjdzie, to będę miała największą satysfakcję. Większą niż stały przelew z pensją co miesiąc za 8 godzin przed biurkiem i ekranem laptopa. Dającą poczucie sensu, robienia czegoś wartościowego, w oparciu o to, co jest w środku. Bardzo tego chciałam. I bardzo sobie tego życzyłam.

Bałam się, czy przyjdą ludzie. Czy kupią te koszule, które przygotowywałam między etatem a zdrowiem, które czasem składało mnie wpół z bólu i odbierało całe dni z życia. Czy uda mi się odbudować to, co zapauzowałam. Bałam się rozczarowania i tego co będzie, jeśli wcale nikt nie doda koszuli do koszyka i że ten powrót to okaże się może niepotrzebny. Tak bardzo miałam zachwiane poczucie wartości. Do tej pory potrafię o sobie myśleć nie tak, jak bym chciała, a z drugiej strony sama sobie tłumaczę, że jak w siebie nie będę wierzyła, to choćby cały wszechświat byłby przechylny, to nie zauważę, bo mam takie żaluzje na oczach.

To są takie przebłyski i wahania – między tym, jak wstaję rano, brzuch jeszcze nie boli, zaczynam wierzyć, że będzie lepiej i właściwie prawie mogę góry przenosić, a tym, jak pół nocy nie mogę spać, bo ból tak dokucza. Postanowiłam wykorzystywać więc każdy moment, kiedy jest lepiej i działać. Nawet, jak później miałabym mieć 2 dni gorsze pod rząd. 

Odcięłam się od ludzi. Bardzo. Jeśli ktoś kiedyś miał problemy z brzuchem, to mnie rozumie, a jak nie, to może nawet ma mi za złe. Bo mi by było trudno sobie wyobrazić jak to jest, gdybym sama przez to nie przechodziła. No bo ile można. Bo przecież są tabletki przeciwbólowe. Bo przecież nie może boleć non stop. Bo przecież było tylu lekarzy i tyle badań… A ja często płakałam, że nie wiem, co dalej. Do kogo iść, co jeszcze sprawdzić i chciałam, żeby ktoś mnie przeskanował całą i znalazł, co się dzieje. Ale takiej opcji nigdzie nie ma. Liczę się z tym, że ludzie wokół mogą mi nie wierzyć i nie rozumieć. I już tego nie oczekuję, bo sama nie mam siły nikogo przekonywać do tego, jak jest. Świadomie się odsuwam, przynajmniej teraz. Ale nigdy też nie byłam duszą towarzystwa i nie miałam paczki przyjaciół. 

I choć ze zdrowiem nadal się nie mogę dogadać, nie mam pojęcia, ile mnie jeszcze czeka i mam wrażenie, że w tym roku zjadłam tyle tabletek, ilu nie zjadłam w całym swoim życiu, to odwieszenie działalności okazało się dla mnie dużym szczęściem. Pierwszą, wrześniową dostawę zrobiłam w momencie, kiedy miałam urlop. Zabrałam ze sobą komputer na wakacje do Pucka i między wędrówkami po bałtyckich miejscowościach, gotowanymi ziemniakami na kolację i wieczornym oglądaniem telewizji, której na co dzień nie mam – stawiałam nową stronę i odliczałam czas na Instagramie do premiery. A potem czekałam do północy z paczką kukurydzianych wafli ryżowych o smaku paprykowym zamiast chipsów, pamiętam. Miałam nimi świętować albo rozgryzać napięcie, przygotowałam się na wszystko i wpatrywałam w ekran komputera, aż oczy mnie szczypały i w końcu zamknęłam. Dostawałam powiadomienia mailem na telefon o tym, że coś ubyło z magazynu i wiadomości pełne szczęścia, że udało się upolować koszulę. I nie wiem, kto z tego cieszył się bardziej 🙂

Ten rok miał w sobie dużo doświadczeń i jeszcze nie wiem, co z nich wyciągnę. Ale wiem, że chcę się starać i przeżywać to życie szczęśliwie na tyle, ile mogę. Że utknęłam trochę w poczuciu straty i pora ruszyć dalej, choć nie będzie łatwo. Przyjmuję to ze wszystkimi trudnościami i tym, co się wydarzy.

Jeszcze na koniec listopada byłam u Wróżki, choć nie planowałam. Wyciągnęłam z talii kartę śmierci, ale powiedziała, że to wcale nic złego i tak naprawdę oznacza transformację. Powiedziała o przyszłości na pół roku  w przód i bardzo chcę wierzyć w to, że tak się wydarzy mimo przeszkód po drodze, które mają się pojawić. Zostawiła mnie z nadzieją na to, że się poukładam i gdybym mogła, to bym ją przytuliła za wszystko, co powiedziała. 

Na Nowy Rok życzyłabym sobie więcej dni nad Bałtykiem, za którym tęsknię i jeszcze trochę wiary w siebie, żebym czuła, że warto. W końcu to napisałam sobie niezmywalnym tuszem na przedramieniu i nad marzeniem, które się (jeszcze) nie wydarzyło.

Ściskam na odległość i życzę pięknego startu, umownego odcięcia tego roku, co mija, jeśli nie był zbyt łaskawy i lekkiego wejścia w nowy – z nadzieją na dobro i że to, co macie w środkach się pospełnia – bo sami wiecie najlepiej czego Wam trzeba. Ja będę trzymała kciuki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *