W życiu nie byłam jeszcze Turystką

W życiu nie byłam jeszcze Turystką

W poniedziałek była taka piękna pogoda i spałam znacznie ponad swoją przeciętną. Jeszcze wczoraj wypijałam mamie kawę o smaku masła i skorzystałam z niedzieli handlowej, żeby odebrać reklamację w Decathlonie. Spędziłam dziesięć kilometrów spacerując w słońcu i bardzo to był szczęśliwy czas. Ciepły i zwykły, po prostu. Wylosowałam też mleko owsiane w szejkomacie z Biedronki, to po drodze skorzystałam i w ogóle tego dnia, to jakbym jakąś zdrapkę od życia dostała, w której wygrywa się przyjemność.

Przypadkiem trafiłam na wiadomość, że istnieje miejscowość Wolność, niedaleko jeziora. Bardzo bym chciała odwiedzić tę wolność, a potem wytatuować ją sobie blisko serca. Równie bardzo chciałabym odwiedzić Toruń pachnący piernikiem, odnaleźć Dolinę Marzeń, Wyspę Miłości i pojechać tam, gdzie Polska brała ślub z Bałtykiem.

W swoim życiu byłam wieloma różnymi zawodami, ale jeszcze nigdy Turystką. Postanowiłam, że zostanę nią właśnie w te wakacje i sprawdzę, dokąd dojeżdża pociąg.

We wtorek dowiedziałam się, że moje serce jest większe o 30 – 40% od zwykłego serca. Zwiększyło swoją pojemność przez 4 lata codziennego biegania i może to być całkiem prawda, bo kumuluję tam dużo uczuć, choć ostatnio miałam wrażenie, że jest w nim całkiem pusto.

Uświadomiłam sobie też albo po prostu przypomniałam, jak ważne jest poczucie sensu, kiedy się coś robi. Bo jak go brakuje i wcale się w to nie wierzy, to jest tak bardzo wszystko jedno, jak jeszcze nie było.

Pojeździłam sobie po Polsce na Google Maps i znalazłam nocleg w Starej Piekarni, w Olsztynie. Wspaniała sprawa ta Stara Piekarnia. Zrobiłam listę punktów i miejsc, jakie chcę odwiedzić, kiedy będę już tą Turystką w wakacje. Poza tym, co odkryłam wcześniej, trafiłam na super pałac niedaleko Pucka, wrak kutra w Rewie i Muzeum Morskich Tajemnic. Same wspaniałości.

Potrzebuję tylko większy plecak turystyczny, żeby zapakować się na wakacje. Wystawiłam więc nowe rzeczy na Vinted z nadzieją, że uzbieram tak, jak poprzednim razem.

W piątek rano byłam u lekarza. Trafiłam na bardzo miłą internistkę i po wywiadzie zapytała jak się czuję – tak po prostu. Zanim zdążyłam odpowiedzieć ubiegła mnie i powiedziała, że nie uwierzy, że dobrze. No to się nie kłóciłam, bo miała rację. Ostatnio znów nie działa mi brzuch i jest tak źle, jak było na początku. A ja się boję, czy to w ogóle się poprawi, to zdrowie. Od ponad pół roku nie miałam swojego brzucha – jakkolwiek to nie brzmi, to jeśli ktoś nie miał podobnych problemów, to sobie nie wyobrazi. Bo ja też bym sobie nie wyobraziła.

W sobotę wybrałam się na targ. Zapomniałam już, jak tam jest wspaniale. Jest dużo ludzi, długie kolejki, jeszcze więcej kolorów i zapachów. Być może to jedyny rodzaj tłumu, w jakim mogę się odnaleźć i to wcale nie dlatego, że dostałam pęczek pietruszki w gratisie.

Zatem w maju będę składać się z nieidealnych marchewek, za małych i za chudych rzodkiewek, zbyt dojrzałej sałaty, trochę bardziej miękkich mandarynek, przerosłej cukinii i zielonych ogórków. Tym samym otworzyłam sezon na te wszystkie nieidealne warzywa, których prawie nikt nie chce, a ja się chętnie nimi zaopiekuję. Nie wiem tylko dlaczego jeszcze nie mam wózka na zakupy jak ci wszyscy ludzie dojrzali tak bardzo, jak banany z plamkami.

Kupiłam doniczki, aby rozsadzić zioła i pomidorki, bo już najwyższa pora. W niedzielne popołudnie nurkowałam w ziemi, póki mi jej nie zabrakło i jednak jutro będę musiała dokupić. Nadal bardzo w to wierzę, że latem będę jadła bardzo dużo świeżej kolendry i pomidorków z doniczki.

A potem, potem już skończył się dzień i było trzeba nastawić budzik na poniedziałek.