Małe trzęsienia ziemi

Małe trzęsienia ziemi

Każdy czasem je ma – te małe trzesięnia ziemi. Swoje własne, niepodlegające niczyjej ocenie i w danym momencie największe. Takie, po których patrzy się na wszystko inaczej, które nagle działają jak sok z gumijagód i które potem tę siłę zabierają, że nie można z łóżka wstać przez dwa dni.

Bo ja na przykład nie wiedziałam, że mogę tak szybko biegać nie ścigając się na ostatnim kilometrze na zawodach, kiedy już widać metę. Nigdy nie czułam tak bardzo, że chciałabym wykrzyczeć cały środek, aż nic tam nie zostanie, jak na filmach krzyczą w lesie albo w poduszkę. Nie sądziłam, że poczuję w sobie coś między żalem, okropnym smutkiem i złością do człowieka, który ukradł mi nie tylko oszczędności życia, ale z premedytacją zabrał całe marzenie. A ono ważyło 3 tony. 

3 tony dopuszczalnej masy całkowitej kampera. Kampera, który miał być ocieplony na zimę, z prądem ze słońca i miejscem na maszynę do szycia. Kampera, który miał być małym białym domkiem, do mieszkania gdziekolwiek i z dodatkowymi zamkami w drzwiach. Kampera, dla którego zrobiłam prawo jazdy, któremu kupiłam odświeżacz powietrza – jeden morski, bo kocham Bałtyk, a drugi o zapachu kawy, bo kocham kawę. Szarlotkę też kocham, ale takiego akurat nie było. I kruche ciastka, ale ich zrobiłabym cały zapas do szafki, zamykanej na klik, żeby po drodze się nie wysypały. Miało tam się toczyć życie, najbardziej zwykłe i dobre z możliwych, z oknem w dachu, przez które widać gwiazdy i prysznicem z ciepłą wodą na wieczorne kąpiele. Sprawdzałam, gdzie mogę parkować, gdzie spać i tylko brakowało mi zielonego listka na szybę.

Wziął i zabrał, bez pytania, wahania i po prostu, jak gdyby nigdy nic. A nic nie było jego.

Przed końcem roku życie więc dało mi kryminalną zagadkę do rozwiązania. I pewnego dnia zaczęłam się bardzo bać o to, że przyjdzie mi zgłosić to na policję i dochodzić prawdy w sądzie. A potem jeszcze bardziej, czy znajdę w sobie na tyle siły, żeby wszystkiemu podołać i nie rozpaść się bardziej niż ostatnio, kiedy nie wszystko udało mi się posklejać.

Zaczęłam odkrywać prawdę. Długą, zawiłą i tak bardzo niemożliwą, że nie mogę jej w sobie zmieścić. Ale jednak prawdę.

Jednak przyjdzie mi walczyć o kilkadziesiąt tysięcy, które kosztowały trzy tony marzenia, bez gwarancji, czy cokolwiek odzyskam.

Okropnie nie wiem, co będzie dalej. Już nie marzę, a w środku odbija się echo, tak jest tam pusto. Jeszcze sobie płaczę, bo wszystko jest świeże bardziej niż dostawa warzyw na targu. A potem staram zajmować się wszystkim innym, bo życie trwa nadal, i budzik dzwoni każdego poranka o czwartej trzydzieści.

I tak sobie przysięgłam dziś przed godziną, że nikt mi już żadnego marzenia nie zabierze, choć jeszcze nie wiem, jakie będzie następne i czy w ogóle. Że jak Judyta z Nigdy w życiu chcę być cholernie szczęśliwa, bo ile można śnić złe sny?

Jeszcze któregoś dnia wstecz śniłam o tym, że ktoś mi tego kampera ukradł. Że uprowadził z parkingu. Wróciłam i już go nie było. I nie ma.

Dzisiejszego wieczoru chcę wierzyć, że jeszcze trochę tej siły mi zostało – do codzienności i do zmagania się z tym człowiekiem. I tak to tu zostawię, że gdyby jednak jej brakło to przeczytam sobie raz jeszcze, że nie tak dawno ją przecież miałam, to wróci.

Małe trzęsienia w końcu mijają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *