Tu i teraz. A przyszłość?

Tu i teraz. A przyszłość?

Tylko na jeden dzień do przodu warto sprawdzać pogodę, bo szalenie szybko się zmienia.
Tylko na jeden dzień do przodu warto się martwić, bo pojutrze może być już zupełnie bez łez.
Tylko na jeden dzień do przodu warto ustawiać budzik, bo za dwa, to może się dłużej pośpi.
Tylko na jeden dzień do przodu warto planować przejażdżkę autobusem, bo potem może się spóźnić.
Tylko na jeden dzień do przodu warto pokroić arbuza, bo kolejnego może się mieć ochotę na nektarynkę.
Albo na zwykłą kanapkę. 

Może to prawda w tym, co mówią, że przejmować się nie warto? A przynajmniej nie aż tak? Że to tu i teraz to jedyne, co mamy i dobrze jest z niego korzystać? Latem zamienić się w słońce, jesienią w kocyk, a zimą w pierniczki z lukrem. Budzić się co rano i myśleć, że ten dzień czeka, żeby go odkryć i wcale nie będzie taki sam, jak poprzedni. Że może się dużo wydarzyć, choć nikt nie planował, albo będzie zupełnie spokojnie, jak po burzy, kiedy wychodzi już tęcza. 

Zastanawiam się, czy to tu i teraz pozbawia perspektywy na daleką przyszłość? Bo dorośli, odpowiedzialni ludzie przecież taką powinni mieć. Chyba powinni. Jakąś wizję, że za pięć lat to mieszkanie, rodzina może, jak los podsunie miłość albo jeszcze kariera, cokolwiek by znaczyła. Że z dnia na dzień to można żyć lekko, w szkole na przykład, kiedy odpowiedzialności jeszcze się nie ma na ramionach.

A może to się wcale nie wyklucza? Może można zaplanować coś w małych kroczkach z miejscem na elastyczność albo pauzę, jak potrzeba? Może można być sezonowo – latem na dworze, póki słońce nie zgaśnie, a jesienią częściej przy biurku, pracując trochę więcej? Bo czasem, jak wydaje mi się, że jestem już w takiej pełni tu i teraz i jestem tym ciepłym wiatrem, co właśnie wieje, ciszą i jeszcze zapachem kremu do opalania, to potem mam wyrzuty sumienia, że to takie nie dorosłe. Że powinnam robić coś w kierunku przyszłości, choć nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała. Że nie wiem, czy ta beztroska to dobrze, czy może już nie. 

Tego lata pomyślałam sobie, że chcę je bardzo wykorzystać. Tak bardzo, jak jeszcze nigdy do tej pory. Być na dworze, póki się nie ściemni, jak kiedyś dzieci w podstawówce, choć mnie to ominęło. Czuć, jak słońce otula skórę i patrzeć, jak wschodzi. Wdychać ciepłe powietrze i to rześkie po nocy albo po burzy. Jeździć rowerem, gdzie mogę i choćby po nic, tylko dla ruchu. Spacerować dla przyjemności, bez pośpiechu i dystansu. Najeść się arbuza, póki jest najpyszniejszy, bo przegapiłam krótki sezon na truskawki i bardzo było mi szkoda. 

Że nie chcę szykować sobie zajęć na poza – poza pracę, w której spędzam 8 godzin przy biurku, w pozycji siedzącej, nie licząc przechadzek po korytarzach i tych, po kawę. Że potrzebuję wprawić ciało w ruch potem i czuć sobą wszystko to, co wokół, bo lato jest tylko jedno w roku. Że potem jesienią robi się szybko ciemno, czasem ponuro i to najlepszy czas na bycie zawiniętym w koc jak naleśnik, ale na razie, na razie są jeszcze wakacje.

I tak powoli dopuszczam do siebie, że teraz jestem naprawdę i tak z dnia na dzień. Mniej notuję w kalendarzu, częściej odkrywam drobne przyjemności, a tą poważną przyszłością zajmę się na jesień. Czy to tak można?