Regularnie obrażam się na różne rzeczy ze świata, jak dziecko na mamę za to, że nie chce kupić kolorowych płatków z cukrem, choć w telewizji mówili, że to zboża i witaminy.
Obrażam się na to, że przetworzone jedzenie jest zbyt smaczne i to specjalnie, bo ludziom potem trudno się bez niego obejść. W efekcie bez lekarzy i karnetów na siłownię też, jakby ktoś to dobrze przemyślał.
Obrażam się na promocje dostępne dopiero od 3 sztuk, jakby wszyscy zapomnieli, że ludzie czasem żyją w pojedynkę.
Obrażam się na technologię, która ułatwia życie za bardzo, odbiera cierpliwość i samodzielność, a w zamian wcale nie daje czasu, jak wszędzie obiecują.
Obrażam się na święta w październiku, bo to jakby zabrać całą magię, która dzieje się dopiero na początku grudnia.
Obrażam się na wyprzedaże w styczniu we wszystkich falach, aż rzeczy stają się bardzo tanie, jakby ktoś wcześniej oszukiwał na wartości.
Obrażam się na reklamy, które mówią, że potrzeba nam więcej wszystkiego, choć do tej pory nikt nawet o tym wszystkim nie pomyślał.



Obrażam się po cichu i w środku, nie kupując co najwyżej, choć nie wiem ile mój głos portfelem jest wart i czy w ogóle cokolwiek. A potem zastanawiam się, czy naprawdę potrzeba tyle rzeczy, zamienników rzeczy i jeszcze więcej rzeczy. Jakie braki zaspokajają w ludziach i wcale nie podstawowe. Aż ciężko się z nich wydostać, przestać kupować i nie szukać powodów, dla których warto je kupić.
Czy wartość ludzi mierzy się ceną zegarka? Ilością markowych rzeczy? Widocznością logo na sprzęcie elektronicznym? Częstotliwością zakupów? Sumą paragonów?
Czy w ogóle da się to zmierzyć? Czy można się tak czasem na świat obrażać, nie rozumieć albo po prostu się z nim nie zgodzić…?
Mam wrażenie, że przestaliśmy też słuchać sami siebie. Przyjmujemy to, co ktoś powiedział, jak swoje. Co robić, czego nie robić, co jeść, czego nie jeść, jak biegać, jak nie biegać. Jak odpuszczać, zwiedzać, odhaczać listę zadań, ustawiać wygaszacz ekranu. A do tej pory nawet nie lubiliśmy pietruszki.
W ciszy, z własnymi myślami robi się niewygodnie, nieswojo i cały czas potrzeba ekranów, dźwięków, bodźców kłujących w oczy, uszy i jeszcze serce. Aż na koniec sami nie wiemy, kim jesteśmy i co lubimy naprawdę.





