Czy proszek do białego wybiela tak samo, jak Colgate?

Czy proszek do białego wybiela tak samo, jak Colgate?

 

Umówmy się, że słowo ’włókiennictwo’ nie jest najciekawiej brzmiącym słowem świata. Używa się go wcale i nikt nie mówi o już o wyrobach włókienniczych. O cukierniczych też nie, a na półkach w cukierni są po prostu ciastka albo drożdżówki. Na wieszakach t- shirty, spodnie i inne bluzy. Ale gdyby w podręczniku do WDŻ-u był rozdział 'włókiennictwo’, to wszyscy na przyszłość by wiedzieli, że nadmiar proszku do prania wcale nie oznacza, że pranie będzie czystsze.

No to dziś chciałam właśnie o tych w(y)padkach włókienniczych wziętych z życia i codzienności każdego. I nad którymi nie za wiele się zastanawia, a czasem warto. To żeby szukać nie było trzeba, to o wszystkich powiem, żeby choć trochę przy tym praniu było ciekawiej 🙂

Istnieje taki format na mediach społecznościowych, że na przykład jeden człowiek opowiada, żeby na siłowni to nie zginać się wpół, tylko w trzy czwarte, a drugi to komentuje – czy tak jest czy nie jest. No to mogłabym zrobić podobnie, ale przykłady wziąć z najprawdziwszego życia ludzi wokół.

Bo moja mama przy trójce dzieci i ogólnie rodzinie na 5 osób trochę prania zawsze miała. I zawsze kochała biały kolor. I jak proszek kupowała, to też do białego, prała w nim wszystko, a potem złościła, że te rzeczy w kolorze to tak prędko płowieją na słońcu, choć zapach świeżych ubrań ściągniętych prosto ze sznurka jest jednym z najprzyjemniejszych. Nie będę się czepiała słońca, a bardziej tego proszku. Bo tak się składa, że te wersje do białego mają rozjaśniacze optyczne, a te niebieskie drobinki to cząsteczki barwnika, który sprawia, że faktycznie wrażenie bieli po wyjęciu z pralki jest jak lśniący uśmiech Hajzera. Analogicznie, jak w tych niebieskich pastach do zębów, co wybielają natychmiastowo. Ale jak na opakowaniu proszku napisane jest, że do białego, to lepiej się tego trzymać. Intensywne kolory jaśnieją, czarne blakną i tak samo będzie się działo na powietrzu i na kaloryferze, bo zadziałały rozjaśniacze i cząsteczki wybielające.

Babcia mówiła, że co za dużo, to niezdrowo i trzeba jej przyznać rację. Bo jak ktoś myśli, że jak doda więcej proszku do turbo brudnego prania i ono się wtedy dopierze tak, jakby przywrócić mu ustawienia fabryczne to… może się rozczarować. Do szarych od kurzu firanek nie dodaje się dwóch miarek, jeśli zalecana jest jedna, bo efekt będzie zupełnie odwrotny. Zamiast zobaczyć śnieżnobiały odcień po wyjęciu z pralki, można dostrzec jedynie taki, jak zeszłoroczny śnieg. I przysięgam, że sama byłam zaskoczona, jak na studiach robiliśmy eksperymenty z ilością proszku i im więcej tego do białego wsypywaliśmy, tym biała na początku próbka stawała się stalowo – szarą. I wiecie, jak pracowałam w drogerii, to przyszła taka starsza pani z prośbą o ratunek, bo ona właśnie chciała doprać te szare firanki, bo tyle razy prała i nie chcą być białe. To jak taki lekarz, co stawia od razu diagnozę powiedziałam jej, że sypie za dużo proszku, a ona przyznała, że coraz więcej 🙂 Uratowałyśmy firanki.

To jak już jesteśmy jedną nogą w drogerii, to na pewno pamiętacie takie getry Nivea, co były drogie jak złoto i stały na półce przy kremach ujędrniających z opisem, że masują, że jakieś substancje się uwalniają i w ogóle, jak wyjąć potem nogę z getra, to skóra gładka, jakby żelazkiem wyprasować.

Te magiczne getry w cenie złota były pokryte mikrokapsułkami. Robiłam takie na obronę swojej pracy inżynierskiej (mikrokapsułki, nie getry :)) i już wiem, jak to wszystko działa. I jak fluidy zmieniają kolor albo czemu pachną strony w katalogu Avonu jak się potrze nadgarstkiem. Sporo w te mikrokapsułki można upakować ale zobaczyć, to dopiero pod mikroskopem – takie są sprytne.

Nie mam pojęcia tylko, czy te getry były skuteczne, bo nigdy się nie skusiłam, ale w to, że miały coś w sobie, to jestem w stanie uwierzyć. Rzecz jasna, te mikrokapsułki mają też określoną żywotność i skórę w getrach mogły pielęgnować do pewnej ilości prań, po czym ktoś zostawał po prostu z getrami marki Nivea. Ale mikrokapsułki pękają właśnie pod naciskiem mechanicznym albo stymulowane wiązką lasera (dlatego nigdy w drukarkach do paragonów nie trzeba wymieniać tuszu, jak macie jakiś pod ręką, to po drukowanej stronie przeciągnijcie paznokciem i zobaczycie, że zrobi się czarny ślad :)). Nawet pewna marka w kurtkach narciarskich, w kołnierzach stosowała krem nawilżający, bo podobno skóra w tym miejscu się podrażnia, a te pachnące strony w katalogach Avonu były zawsze frajdą w dzieciństwie, tylko nikt nie wiedział, że tam są mikrokapsułki.

Czarny wyszczupla. Ale jak się było małym, to czarny przyciągał tylko słońce, mama niechętnie kupowała czarne ubrania (bo kochała wszystko, co jasne), a dziadkowie mówili, że w czarnym to można się ugotować. Jaki jest wynik równania?

Tak naprawdę z tym czarnym chodzi o to, że pochłania najwięcej promieniowania i dlatego odczuwa się w nim większe ciepło na słońcu. Jasne kolory nie mają takiej zdolności, przez co nie nagrzewają się aż tak, ale tym samym więcej przenika do ciałka, a to, że promieniowanie słoneczne potrafi być szkodliwe, to wiemy wszyscy. Można by robić rozprawkę na temat tego, czy lepiej ograniczyć czarnym czy jednak większa szkodliwość dla skóry to sam czarny barwnik, ale to kolejny długi temat do rozwinięcia, to jeszcze parkuję.

Z czasów dzieciństwa, to jeszcze były stroje na WF. Takie przygotowane w workach – białe koszulki i czarne spodenki, ewentualnie granatowe. W sklepach pojawiały się akcje Back To School i nawet gotowe wyprawki z bawełnianymi strojami. To po czasie sobie myślę, że na podstawówkową aktywność, kiedy uczy się kopać piłkę, kozłować i robi się slalom między pachołkami, to to całkiem spoko. Ale jak taki nastolatek się zaangażuje na poważnie we wszystkie spalone, karne, skok przez kozła i inny badmington, to przydałby mu się poliester zamiast tego bawełnianego kompletu. Bo to jeszcze jest czas, kiedy rodzice wyposażają swoje mniejsze wersje w ubrania – od sportowych po codzienne. I oni (ci dorośli) też nie znają różnicy między poliestrem a bawełną albo się nad tym po prostu nie zastanawiają. To kolejny przykład zżycia, nie wyssany z palca, bo kilka dobrych lat spędziłam w sportowym sklepie. No i najprościej – bawełna chłonie, a poliester nie. Jak to dziecko biega na treningu z prędkością światła, to w bawełnianej koszulce będzie mokre, jakby wyszło spod prysznica i nie bez powodu poliestrowe są nazywane 'oddychającymi’, bo nie wchłaniają pary wodnej z ciała, tylko od razu transportują na zewnątrz. To tak z poziomu komfortu, bo na spalonych i karnych to lepiej znają się wuefiści.

Co Wy na te ciekawostki? Bardzo mi będzie miło, jak dacie znać – tutaj, w wiadomości, komentarzu na YouTube, przez łapkę w górę i inne serduszko 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *