Tryb: Jesieniara

Tryb: Jesieniara

Taki najbardziej Instagramowy to ten, gdzie ozdabia się parapet dynią, zapala świeczki, otula w miękki, beżowy koc i robi kakałko, które zdąży wystygnąć zanim wykona się wszystko inne. Na mieście koniecznie popija się pumpkin spice latte, najlepiej na wynos, w dużym kubku, żeby było wiadomo, że to już ta jesień. Nosi się karmelowe płaszcze, owija szerokimi szalikami jak naleśnik z serem, czyta książki, ogląda filmy i szykuje pluszowe kapcie z boku łóżka.

Fajne są te wizje, ale chyba nie ma człowieka, który robi to wszystko na raz. Podczas jednej jesieni. Że każdy raczej bierze z tego po kawałeczku.

Ktoś otula się kocem.
Ktoś zamawia dyniowe latte.
Ktoś inny gotuje dyniową zupę.
Ktoś nosi długi płaszcz. A ktoś tylko puchową kurtkę.
Ktoś szykuje listę filmów na wolne popołudnia.
Ktoś popołudniami robi zakupy, odbiera dziecko ze szkoły albo kończy dodatkowe zlecenie z pracy.

Każdy ma swoją jesień.

Ostatnio bardzo lubiłam, jak już się z tym jesiennym trybem dotarliśmy i odpowiednio opłakałam lato. Zeszła minęła mi na oglądaniu Kochanych kłopotów, gdzie myślałam, że jak dorosnę, będę jak Lorelai Gilmore, która jeździ starym Jeep’em, dzbankami pije kawę i rozwiązuje życiowe problemy. Kochałam puszczać ten serial w tle i zajmować się szyciem, póki nie dobiłam do ostatniego odcinka. Bardzo to wszystko było wspaniałe. Łącznie z tym, że też piłam kawę dzbankami, tylko nie miałam żadnych historii miłosnych, ale ona nadrabiała za nas obie.

To był mój jesienny, najprzyjemniejszy wyznacznik. Jak ten koc ze zdjęć na Instagramie i kawa z bitą śmietaną. Tylko z kaw jednak najbardziej lubię po prostu czarną, a koc mam zwykły, szary, który na zdjęciach nie wygląda tak spektakularnie. Ale to nic, to była tak bardzo komfortowa, jesienna strefa, o jakiej nawet nie marzyłam. Sama wyszła.

I nawet, jak padało, to było mi miło. Jak widziałam powiększającą się kałużę przed blokiem i ochlapane okna. Jak wiało, było szaro i jak szybko robiło się ciemno. Miałam maszynę, dzbanek kawy i Lorelai Gilmore. No i jeszcze szeroką koszulę w kratę.

Grube koszule w kratę powinny być w jakimś jesiennym leksykonie. Takie wygodne, w których jest całkiem ciepło i wyglądają jak wyjęte z serialu. Albo z szafy taty. Można im podwijać rękawy, zakładać na spacer do parku, robić drzemkę pod kocem, medytować i podgryzać dopiero co upieczone ciasteczka. No i pić tą dyniową latte na mieście też. Właściwie między nimi, a słowem „komfort” można by postawić znak równości i nie ściągać ich przez całą jesień. Chyba, że do kąpieli.

No to chciałam się nimi podzielić, tymi koszulami na pierwszy chłodek, w których jest tak miło i dobrze. Mają kieszonkę na kasztan albo inny cukierek i wcale nie psikus. Chronią od wiatru, ale nie od zazdrosnych wzroków i czasem nawet lepiej je ukryć pod tym płaszczem. Można je zapiąć pod szyję, nosić rozpięte, z koszulką pod spodem albo wiązać na biodrach.

I do tworzenia swojej własnej jesieni, takiej najlepszej, nie czyjejś, z obrazka.