Miłe składniki zwykłej codzienności

Miłe składniki zwykłej codzienności

Moja codzienność nie jest wybitna. Nie taka beżowa, jak te wszystkie poranki na Instagramie, bez zastawy ze złotym rantem i nakrycia do stołu, bo go po prostu nie mam. Zaczyna się od biegania po mieście, zanim inni wciągną powietrze, prysznica w fioletowej łazience i nastawienia kawy w przelewie, między zielonymi ścianami. Być może ktoś chciał w tej kawalerce zrobić pola lawendowe, a ja nie cierpię lawendy, odkąd ustami próbowałam otworzyć fiolkę z zapachem, która pękła nie tam, gdzie trzeba i całość wylałam sobie do buzi zamiast na zapachową poduszkę z ziołami. Przez kilka dobrych godzin byłam największym polem lawendy, z jakim miałam w życiu styczność i już mi wystarczy.

Za to kocham, jak pachnie poranną kawą i mogę w siebie wlać od razu cały dzbanek. Bardzo lubię swój najprostszy ekspres przelewowy marki Zelmer, który podgrzewa ten dzbanek i utrzymuje w cieple kawę lepiej, niż garnek ziemniaków schowany pod pierzyną w sypialni u babci. Lubię mielić co rano ziarna i słuchać, jak woda się przelewa i kiedy przestanie bulgotać. Lubię pierwszy łyk, co ciepło przechodzi przez środek i po którym robi się bardzo błogo.

Mam różową miseczkę do owsianki i szarą, gdyby rano zachciało mi się warzyw na ciepło. Ulubioną dużą i małą łyżkę, które kształtem przypominają łopatkę, emaliowany rondelek do gotowania płatków i pieprz cytrynowy, którym posypuję wszystko, oprócz owsianki. Do śniadania zawsze czytam książkę i czasem żałuję, że muszę ją odłożyć, kiedy kawa się już skończy.

A potem rozkładam matę, macham hantlami przed lustrem i udaję, że jestem fitnessiarą, jak te panie na płytach DVD, co kiedyś można było kupić razem z gazetą. Aż w końcu trzeba wychodzić do biura.

Uzupełniam wodą bidon na drogę, włączam muzykę lub podcast i jeszcze przez pół godziny mam czas tylko dla siebie. Póki nie odbiję się kartą od bramek i zamelduję przy biurku. Na osiem godzin się wyłączam, odgrywam poważne życie człowieka w biurze, tylko w kolorowej koszuli i adidasach, zamiast ołówkowej spódnicy i szpilkach. W menu pracowniczej stołówki sprawdzam, jaką jarzynę mają tym razem, a tamtejsze panie wiedzą, że przychodzę po podwójną porcję brukselki i właściwie nie muszę nic mówić, bo nakładają same na talerz. Dobieram kilka suszonych pomidorów i cząstek brzoskwini, a potem wszystko obsypuję czarnym pieprzem, bo innego nie ma. O 17 odbijam się znów od bramek i przez pół godziny spaceruję w kierunku mieszkania. Bardzo sobie to cenię, że mogę się wyłączyć, trochę podładować powietrzem i nie muszę z nikim rozmawiać na przystanku. Myślę o tym, co dalej i o płatkach drożdżowych, które rozpuszczą się na ciepłej cukinii, jak wrócę. I że jak nie zacznie padać, to jeszcze wyjdę wieczorem na spacer.

Otwieram okna, wpuszczam trochę powietrza po powrocie i nastawiam dzbanek z kawą. Znów zaczyna pachnieć jak rano, tylko słońce jest już niżej. Przez szybę sprawdzam czy wszystkie auta już wróciły, wrzucam cukinię na patelnię i tylko czasem się złoszczę, że zapalniczka do gazu prawie nie działa, a ja jak zwykle nie kupiłam nowej. Kiedyś się zdziwię.

W zależności od dnia robię rzeczy, które przydadzą mi się w działalności, wychodzę popatrzeć jeszcze na świat z zewnątrz albo ruszam na poszukiwania pomidorów w pobliskich Biedronkach, bo są w takiej promocji, która może się już nie powtórzyć. Póki nie zajdzie słońce, nie zacznie się ściemniać i po raz kolejny sobie przypomnę, że od ponad miesiąca nie kupiłam żarówki do kuchni, kiedy będę szykować leki na kolejny dzień w blasku księżyca.

Rozkładam kanapę, wyciągam pościel, biorę prysznic. Wyłączam WiFi w telefonie, szykuję szklankę wody na rano i owijam kołdrą jak puszysty naleśnik z cukrem. Gaszę światło, jeszcze przez chwilę myślę o tym, jak minął dzień i co fajnego będę robiła jutro. Lodówka brzęczy jak kołysanka i nie trzeba liczyć baranków na dobranoc.

A potem znów dzwoni budzik o czwartej nad ranem.

Macie swoje ulubione części dnia lub drobne, stałe elementy, od których za każdym razem robi się miło, choćby na moment?