Ile radości dają… kartony?

Ile radości dają… kartony?

Z jednej strony – unboxingi jak gwiazdy YouTube, kolorowe pudełka, ze wstążką, wyściełane papierem, bibułką, wyłożone złotą folią. Z drugiej strony jednak, jak Hanka Mostowiak wpadła w kartony, to już z nich nie wypadła. To jak to jest, z tymi kartonami?

No cieszą.
Cieszą przez chwilę, do otwarcia i do momentu, kiedy znajdą się w kontenerze na papier albo zmieszane. Nawet te błyszczące. Podobno liczy się jednak wnętrze – jak w Kinder Bueno nadzienie, co można się po nim rozpłynąć jak czekolada na słońcu. A radość z kokardki, to wlicza się w cenę, dodatek za taką chwilową przyjemność, choć nikt paragonu za nią nie wystawia.

 Bo w końcu ile radości może dać taki karton? I czy w ogóle powinien sprawiać? Czy zwykły jest gorszy od kolorowego? Czy istnieją idealne kartony?

Kiedyś próbowałam takie znaleźć.
Wymiary skrytki w paczkomacie, co pomieszczą od torby po plecak i jeszcze nerkę. Łatwo składalne, rozkładalne, nie za drogie, bo cenę będzie trzeba wliczyć w produkt. Kolejny rozmiar na mniejsze rzeczy z podobnym zastrzeżeniem, choć może lepiej koperty? Koniecznie jeszcze wstążki, bibułki, ulotki, kokardki, żeby wszystko było takie ładne, jak z obrazka. I żeby wszystko wylądowało potem w… koszu.

Im dłużej myślałam, tym mniej było sensu w tym wszystkim. Opakowanie zbiorcze kartonów swoje mieści, waży i zajmuje miejsce. Nie mam magazynu, żadnej pewności, że wykorzystam wszystkie, podłogi w kawalerce jest niewiele, do kanapy nie upchnę. Gdybym kupiła nawet najpiękniejsze, to one w większości i tak znajdą się w niebieskim kontenerze  i tyle z ich ładności zostanie, a nerki choć co prawda z odzysku, to śmieci jednak nowe. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno właśnie tak chcę. Później pojawiły się jeszcze wątpliwości, że jeśli zamiast najpiękniejszych kartonów na świecie będę używała zwykłych, różnych, szarych, to może pojawić się… rozczarowanie. Że to inaczej jak na Instagramie, że nie ma wstążek, taśmy z logo i konfetti w środku.

Takie rozterki.

A potem standardowo przytłoczył mnie nadmiar i to, że mamy wszystkiego wystarczająco albo za dużo. Że kartony są na każdym kroku, boków mają w sumie tyle samo i pełnią te same funkcje niezależnie od koloru. Że tak naprawdę nie trzeba kupować, sprzedawać i nakręcać wszystkiego raz jeszcze. Że i tak razem spotkają się w niebieskim kontenerze.

To mam kartony nieidealne. Niektóre z napisem Nivea, inne ‘uwaga szkło’, choć szkła tam wcale nie ma. Raz na jakiś czas trafi się bardziej luksusowy, ze złotym napisem i brokatem w środku. Inne przychodzą z północy, to wysyłam je dalej na południe, żeby więcej mogły pozwiedzać. Mam ich tyle, ile akurat potrzebuję, podaję dalej, tylko taśmę wymieniam. I środek, wiadomo – on zawsze jest pełen dobra i zawsze piękny, choć też z odzysku.

Już więcej o tym nie myślę, nikt nigdy mi też nie powiedział, że kartony są za mało luksusowe, choć może nikt się po prostu nie przyznał? Ale nie doliczam więcej za te opakowania, wystarczy, że opłata paliwowa wzrosła i kurier zabiera więcej. Wiadomo, musi się przemieszczać.

Ale książek po okładce też podobno się nie ocenia, a u ludzi to najważniejsze wnętrze. To przyjmuję, że w kartonie zawartość.

Nie umniejszam też tym pięknym, bo może ktoś takie woli, czuje się wyróżniony czy sprawia mu to przyjemność (w końcu sam za to płaci). Ale jednak bardzo nie chcę przypisywać niezwykłych ról opakowaniom.
Jeśli ktoś kiedyś będzie się spodziewał pięknej przesyłki, to rozczaruję, bo te moje są po prostu… szare.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.