Co się stało, już się nie odstanie

Co się stało, już się nie odstanie

Niech pierwszy mrugnie ten, komu nigdy nie przekręciły się szwy w pralce, koszulka się nie skurczyła, a spodnie nie stały się jak worki, choć miały podkreślać kształt łydek. O ciastka się założę, że każdy choć raz przeżył takie rozczarowanie.

No właśnie. Bo na metce nie ma ostrzeżeń, że ta dzianina krojona była po skosie i te szwy to jak karuzela ładnie się kręcą. Nie jest napisane, żeby przy praniu to jednak uważać, bo tkanina na koszulę nie była dekatyzowana i nikt nie sprawdził, czy pod wpływem wody, a później pary z żelazka ten materiał się nie wykurcza, jesteśmy pierwsi. A potem, potem może się zrobić po prostu bardzo przykro, że ta kreacja, co miała być taka wspaniała, to jednak już nie będzie i zamiast na wielkie wyjście, trafi do kategorii tych 'po domu’, co to się donasza do pierwszej dziury.

Tak się dzieje z tymi nowymi ubraniami, co ślepo kupuje się z wieszaka, z perfumowanych lokali, pakowane w duże torby z logo, upolowane na przecenie jak najlepszy deal życia albo w regularnej cenie, żeby się poczuć jakby luksusowo.
Do pierwszego prania.

O tych przyczynach i skutkach, to można długo, bo jak ktoś nie studiował włókiennictwa albo nie interesował się za bardzo zachowaniem tekstyliów w codziennym życiu, to najzwyczajniej w świecie nie wie, że kupuje kota w worku. No ale kot to przynajmniej mruczy, ogrzewa i kocha, a przekręconym szwom to jest wszystko jedno. A potem na ulicy widać kolejne sztuki tego samego i można się już tylko zastanawiać, czy to przed praniem czy już po, bo ostrzegać to nie ma co, używanego się przecież nie zwróci.

To ja sobie chadzam do najbardziej luksusowych domów towarowych, zwanych LUMPEKSEM, gdzie kosze są pełne ubrań, a wieszakom to ciężko. Luksus polega na tym, że wszystko, co miało się z tym ubraniem wydarzyć, to się już wydarzyło. Jeśli kolor miał zejść, to zszedł, jeśli miało się skurczyć, to już się wydarzyło. Wypłukały się nadmiary barwników, substancje chemiczne, co na czas transportu są nanoszone i nikt ich już nie wywabia. Tam, gdzie miał wystąpić piling, to już jest w roli głównej, a jak rękaw miał się odpruć, to już go tam nie ma. 

Wszystko się wydarzyło. To towar pomniejszony o rozczarowanie, poszerzony o historię, szansę na drugie życie i oryginalność, jakiej powtarzalne metki nie dają. To taki luksus kupuję najchętniej.

Przechadzam się między alejkami, cierpliwie przesuwam wieszak po wieszaku, zabieram cały tabun koszul – ile zdołam ich unieść, a potem gdzieś w kącie oglądam pod światło i z bliska. Dalej osądzam, które dostaną drugie życie ode mnie, a reszta to od kogoś innego. To mnie tak cieszy bardzo, że zaprzyjaźniamy się przy wieszaku, a potem mogę się nimi zaopiekować i zrobić taką metamorfozę, jakiej nawet się nie spodziewały. Uwielbiam bardzo też to, że są takie pojedyncze, że nigdy identyczne, że będą zawsze trochę moje, ale jeszcze bardziej to czyjeś – wybrane, najlepsze. Że nie będą kolejnym niepewnym rozczarowaniem. 

Bo mają już wszystko za sobą. Teraz już tylko lepiej, bo zmiany podobno są zwykle na lepsze.

Co się stało, już się więcej nie odstanie. 1:0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.