Chciałam być elegancka, ale mi nie wyszło

Chciałam być elegancka, ale mi nie wyszło

Wyobrażałam sobie kiedyś, jak wysiadam z drogiego auta, oczywiście w szpilkach, z torebką zawieszoną na zgięciu łokcia, mocno podkreślonymi ustami i ze smartfonem w ręce. Wiecie, taka ‘ja’ w przyszłości. I bardzo długo myślałam, że kiedyś, kiedyś to ja będę właśnie taka elegancka. Będę miała garderobę, codziennie torebkę będę dobierać do nastroju, a w toaletce to schowam wszystkie palety cieni świata. 

No i po odrobinie tego luksusu sobie sprawdzałam. Pierwsze botki na obcasie, przez które ubranie zmienia się w stylizację albo wyjściowy outfit i torebka, lakierowana, tłoczona, czarna, ze złotymi wstawkami. No dama.

Okazało się jednak, że biegać do tramwaju po nierównym chodniku w tych botkach wcale nie jest przyjemnie, a torba sztywna jak najgrubszy karton mało mieści, nie mogę jej wygodnie położyć na kolanach, bo o kogoś w autobusie ciągle zahaczam, no i pasek odpina się od ciężaru, a na łokciu nosić to wcale nie jest wygodnie. Krótko byłam tą damą.

Ale naoglądałam się wcześniej filmów, zdjęć w internecie i myślałam, że tak mi właśnie będzie dobrze. Kupowałam dużo, żeby być modną jak te panie z gazet, a w szafie dwudrzwiowej mieściło się całkiem sporo. No i to poczucie, że nowe, że wspaniałe, pachnie świeżością i wyglądać będę jak milion dolarów. Na bank.

Nie mam pojęcia tylko, kim chciałam być, bo na pewno nie sobą.

Teraz, jak tak sobie myślę, to jestem totalnym przeciwieństwem tej osoby, którą sobie kiedyś wyobraziłam. Z eleganckich rzeczy mam na przykład bluzę albo ukochaną sukienkę z lumpeksu i jeszcze taką, co uszyłam sobie sama z prześcieradła. Uwielbiam wszystko, co wygodne, bardzo komfortowe i płaskie podeszwy w butach. Uwielbiam też to, że się nie maluję, jakiś podkład pielęgnacyjny i tusz do rzęs od święta to cały mój makijaż. Nie mam zestawu pędzli, gąbeczek, puszków do pudru i co tam jeszcze istnieje. Nie muszę mieć pięciu kosmetyczek, dwóch godzin rano i idealnego skrętu na włosach. Bo po szamponie w kostce z Lidla fale są wystarczające, włosy miękkie, błyszczą i jak wilgotne, to jeszcze poprawię olejkiem. I jest zupełnie dobrze.
Żeby źle nie zabrzmiało – jak ktoś ma cały zestaw do włosomaniactwa od olejków, przez szampony, odżywki, płukanki, wcierki, serum, aktywator skrętu, sprej termoochronny i cokolwiek jeszcze tam trzeba – to nie mam nic do tego, niech sobie ma, ale sama doszłam do tego, że tyle nie potrzebuję. Że ten nadmiar mnie bardzo przytłacza i jak jest za dużo, to gdzieś gubi się przyjemność z korzystania – w każdej dziedzinie.
Ale kto co lubi, po prostu.

Dzisiaj bardzo mi dobrze z tym, że w 10 minut potrafię być gotowa – od ubrania po ten nie – makijaż. Nie stoję godzinę przed szafą z myślą, którą marynarkę do jakiej spódnicy dobrać. Nie kupuję dzwonów, bo są teraz modne, ale mi to najlepiej jednak w getrach i luźnej górze. Nie dzielę ubrań na te ‘tylko do pracy’ i ‘tylko po domu’, bo wtedy robi się ich za dużo. Nie śledzę nowinek w makijażu, co bardziej się błyszczy, co blenduje i który podkład kryje najlepiej. Zamiast wielkiego domu z basenem chcę mieć busa, w którym mogę pomieszkać, a potem nieduży domek, trochę większy od holederskiego, całoroczny i najlepiej gdzieś nad morzem. Pozmieniało mi się wszystko bardzo i bardzo pracuję nad tym, aby rzeczy mnie nie definiowały.

Bo jasne, są momenty, gdzie czuję się gorsza. Ktoś ma drogi zegarek, torebkę od projektanta, makijaż jak na czerwony dywan i jak nas obok postawić, to staję się nijaka, jakby mi czegoś brakowało i jakbym pomyliła pudełko z puzzlami, bo po prostu tu nie pasuję. A potem trochę zajmuje powrót do tego, że nie, jednak jest wszystko okej, że jest coś więcej niż te rzeczy, każdy ma inną sytuację, jakieś priorytety i cele w ogóle.

No to sobie jestem, taka zwykła, nieidealna, z włosami, które układa częściej wiatr niż ja sama. Z miękką torbą, co sobie z potrzeby uszyłam, której wszystko jedno czy włożę tam książkę, kilo jabłek z Biedronki i dwa pomarańczy, bo ona do kształtu się już dostosuje. Z nerką z części z odzysku i świeżutką metką ze swoim logo, z którą czuję się co najmniej tak, jakbym nosiła Louis Vouitton, tylko lepiej. Ze świecącą buzią czasem, bo nie mam pojęcia o matujących pudrach, ale gwiazdy na niebie też błyszczą i to jeszcze lepiej niż ja. 

Sobą jestem i już nie chcę być tamtą damą, co myślałam kiedyś, że będę.

Tak nam bardzo życzę, żebyśmy ze sobą właśnie czuli się najlepiej, a nie z tymi rzeczami, co mamy albo mieć możemy. 

Ja, dama.

2 komentarzy

Myślę, że elegancja jest w głowie i sercu, nie w ubraniu. Drogie rzeczy to nie elegancja. Eleganckim można być nie ubierając się za miliony monet. Eleganckim można być w delikatnym makijażu. Elegacko to nie znaczy niewygodnie. Pojemna torba może być elegancka. Wygodne obuwie może być eleganckie. Bo nie ważne co się nosi, ale kto to nosi. Żyć z klasą to nie to samo co żyć w lususie, żyć z klasą to nie życie według chwilowej mody. Żyć z klasą to żyć pełnią życia i walczyć z bylejakością.
Pozdrawiam ciepło

Zupełnie się zgadzam. Czasem tylko się wydaje, że elegancko, to znaczy w luksusie, z błyskiem i idealnie. A każdy może mieć swoją własną elegancję, z którą mu zupełnie dobrze. I takiej właśnie elegancji, jak napisałaś nam życzę <3
Ściskam mocno!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.