Jest chłodno, niepewnie, trochę pada, a mi jest wszystko jedno. Potwierdzam obecność, jadę windą na trzecie piętro, gabinet numer osiem. Czekam.
Zza drzwi słyszę żarty i śmiech, czytałam, że jest śmieszkiem. Że ma poczucie humoru. Że zwykle pomaga, ale czasem też zawodzi. Ale mi nie jest w ogóle do śmiechu – najwyżej się nie polubimy. I nie polubiliśmy.
Wchodzę na zaproszenie niskiego mężczyzny, choć po głosie wyobrażałam go sobie inaczej. Gra muzyka z telefonu, odzywa się od razu na “ty”, jakbyśmy byli kumplami po piwie. Nie lubię piwa. Nie lubię lekceważącego tonu i ograniczających myśli. Wizyta trwa pięć minut, jak wszystkie pozostałe, tylko poprzednie były przez telefon. Obiecywał, że na stacjonarnej otrzymam zwolnienie dłuższe niż tydzień i na obietnicach się skończyło. A ja nie radziłam sobie nawet z najprostszą codziennością. Wyrwał pojedyncze słowa, które wypadły mi z ust i już wcale nie żartobliwym tonem powiedział: Agnieszka, masz trzy dychy na karku, zmień robotę. Wypisał jeszcze wyższe dawki leków, jakby to wszystko polegało tylko na tym. W ramach kontrolnej wizyty uznał, że nie ma mnie gdzie wpisać i że jak będę chciała, to go gdzieś tam znajdę.
Nie chciałam.



Wyszłam z poczuciem, że wcale nie miał ochoty słuchać. Nie zapytał o nic, za to szybko ocenił i prawie wyprosił za drzwi. Może gdybym podłapała jego humor, weszła uśmiechnięta i śmiała się jak dziewczyna przede mną – byłoby inaczej. Bo przecież przez telefon zawsze umawiał kolejne wizyty nawet, jeśli były płatne. Może przez telefon jest jakoś łatwiej i bezpieczniej, nie wiem. Wiedziałam za to, że nie zobaczymy się już nigdy.
Kolejnego dnia poszłam do psychiatrki. Tym razem prywatnie, nie z pakietu Enel Medu, w którym czas wizyt wynosi maksymalnie piętnaście minut. Rozmawiałyśmy prawie dwie godziny.
Płakałam, a ona słuchała. Pytała. Rozumiała. Poświęciła mi tyle czasu, ile było trzeba. Zmodyfikowała leczenie, wszystko wyjaśniła, zaproponowała długie zwolnienie, żebym jakkolwiek mogła dojść do siebie, bo nie widziała we mnie nic więcej poza rezygnacją i głębokim smutkiem. Chciała za jakiś czas zobaczyć mnie prawdziwą.
Wyszłam z drżącym środkiem i dłońmi przy okazji, z poczuciem wsparcia i jeszcze ulgi, że jutro nie pójdę do pracy i że dostanę usprawiedliwienie.
Że przez to wszystko, co we mnie było i zbierało się bardzo długo, mogłam się tak rozpaść jak jeszcze nigdy.
Że każdy by się na moim miejscu rozpadł.
Że nic sobie nie wymyśliłam.
Że nie chodzi o te trzy dychy na karku i nawet zmianę roboty, jak usłyszałam dzień wcześniej.
Że to o wiele głębsze i z dnia na dzień nie przejdzie.



Bardzo trudno do tej pory jest mi się pogodzić z obecną sobą. Taką, dla której spacer jest zadaniem do zrobienia, choć wcześniej dużo biegałam i chodziłam dla przyjemności. Taką, gdzie czasem dni są bardzo szare, choć na zewnątrz świeci słońce. Taką, która przez długi czas nie była w stanie podnieść się z równie szarej kanapy i przykro mi, że trwało to tak długo. Taką, która wcześniej była silna, a teraz rozsypała się jak bierki.
Czasem złoszczę się nawet jak ktoś kwituje wszystko słowami “dasz radę” i “będzie dobrze” – płytką warstwą, nie podszytą szczerością. Bo tak się przecież mówi. A ludzie czasem naprawdę nie dają rady i wtedy jest jeszcze ciężej.
Inny ktoś zamiast tego, napisał “dbaj o siebie”. Zatrzymało mnie to bardzo, zaczęłam się zastanawiać i myśleć o tym, że ja wcale nie wiem jak to się robi. Jak to jest dbać o siebie i co się w tym mieści. Wiedziałam tylko, że to nie chodzi o wysmarowanie kremem cery – szarej jak ta kanapa, z której nie mogłam się podnieść…


