Nic we mnie nie ma. Jestem jak bąbel w poziomicy, który powoli się przesuwa trochę w lewo lub prawo, ale jeszcze jest zbyt nierówno, żeby zatrzymał się na środku. Nie czuję radości, chęci i sensu. Mam w sobie więcej akceptacji do na wpół bezsennych nocy i nie wiem tylko, czy to wynik zwiększającego się jakiegoś rodzaju spokoju, zmniejszającego ciśnienia i tętna, czy nadal obojętności, której ostatnio było o wiele za dużo.
Nadal patrzę w okno o piątej nad ranem i oświetlone latarnią ostatnie liście na drzewie, które jeszcze nie spadły. Widzę pomarańczowe, migające światła śmieciarki, czasem niebieskie od ambulansu i tylko nieliczne w oknach bloku naprzeciwko. Słyszę, jak mocno wieje wiatr, jak dozorczyni szura miotłą po chodniku i dba o porządek, dźwięk silnika pierwszego auta na parkingu pod oknem, które właśnie odjeżdża i chyba pora wstawać. Tylko nie wiem, czy aby na pewno jest po co.



Bo do tej pory sprzed dwóch miesięcy, wstawałam codziennie i wychodziłam biegać. Mijałam tę samą dozorczynię, tych panów od śmieciarki i rozgrzewałam siebie pierwsza, zanim rozgrzał się silnik auta, co teraz pierwsze odjeżdża. Robiłam kawę, czytałam książkę i wydłużałam sobie ulubione poranki, jak mogłam. Aż któregoś razu nie wyszłam biegać po raz pierwszy, szósty i kolejny. A potem przestałam poznawać siebie.
Pomiędzy 10 mg szczęścia i 50 mg spokoju, przyzwoleniem sobie na taki stan obecnie i wyrzutami sumienia, że mijają dni, w których tak naprawdę nie uczestniczę, tęsknię.
Tęsknię za zaczynaniem dnia przed wszystkimi.
Tęsknię za łaskoczącym uczuciem ciekawości.
Tęsknię za zmarzniętym nosem podczas biegania i śniegiem, który czasem wpadał w oczy.
Tęsknię za próbowaniem, tworzeniem, raportem z kasy fiskalnej i księgową Marzenką.
Tęsknię robieniem miłych rzeczy i gęsią skórką od wrażeń.
Tęsknię za Bałtykiem, za czyimś ciepłem, za słonym powietrzem.
Tęsknię za śmiałością, spokojem w sercu i patrzeniem na świat na swój sposób.



Tęsknię i nie wiem, jak na nowo wgrywa się do siebie emocje. Jak dostarcza się dobrą energię, aby nie zabrakło jej przez cały dzień. Jak odkrywa się z ekscytacją nowe rzeczy w życiu. Jak się uczy wszystkiego raz jeszcze, zapełnia pustkę i przykleja plaster. Kiedy zaczyna się czuć krople deszczu na skórze, szorstki piasek pod stopą i rześkie powietrze w płucach. Kiedy znów jest ciepło i bezpiecznie w środku, można się czuć jak u siebie i jeszcze jak w domu. W jakim tempie i kolejności to wszystko się wydarza.
Na ulotkach leków na receptę i poprawę humoru nie było napisane ile trwa cały proces. Czy nastąpi reset całego systemu i co dzieje się potem. Jak zapełnia się puste dyski i instaluje programy na nowo. Kiedy zaczyna się czuć więcej niż obojętność i kiedy bąbelek w poziomicy ląduje w końcu pośrodku.
Chyba nikt tego nie wie.


