Tak naprawdę zaczęło się to jakieś 2 lata temu, kiedy straciłam wszystko. Dosłownie wszystko.
Oszczędności odkładane od momentu, kiedy tylko zaczęłam pracować na drugim roku studiów. Marzenia, które pchały mnie do przodu kawałek po kawałeczku, wrzucały na wyboiste drogi ale koniec końców pozwalały trzymać głowę na powierzchni i próbować dalej. Drogę, która miała być tą własną, wybraną i jeśli nie na zawsze, to chociaż na tamten moment najlepszą z możliwych. Wyłożoną ciekawością, nieznanymi możliwościami i nadzieją, że je wszystkie posprawdzam.
Pamiętam, jak to nie mogło do mnie dotrzeć. Zmroziło mnie w środku tak bardzo, że nie czułam nic poza wstydem i poczuciem winy, kiedy wyszłam z łódzkiego komisariatu policji, gdzie usłyszałam, że człowiek, który mnie tak bardzo oszukał wykazywał cały czas dobrą wolę i według prawa jest zupełnie bezkarny. A potem dotarło do mnie, że dokładnie wiedział co zrobić i jak postępować, żeby zabrać siedemdziesiąt tysięcy dziewczynie, która ufała za bardzo.



Nie miałam nic. Nie miałam powodów do wstawania rano, ludzi wokół i pieniędzy na wizytę u lekarza, podczas gdy w pracy dziewczyny zastanawiały się, jaki kolor paznokci tym razem wybrać u kosmetyczki. Ta różnica bardzo mną poruszyła, czułam się zupełnie niewystarczająca, nie taka i jakbym była gorszego sortu – według siebie, w środku. I że nikt takiego pokruszonego człowieka nie zechce.
Słyszałam nie raz, że “to tylko pieniądze”, jakby się nic nie wydarzyło, a mi rozsypał się cały świat, jak sól w kuchni, którą trudno posprzątać. Z perspektywy czasu myślę, że jeśli ktoś nie przeżył czegoś podobnego, to nie może wiedzieć, jak to się czuje. Nikomu za złe tego mieć nie mogę i tym bardziej nikomu tego nie życzę. Ale kiedy przestaje się czuć cokolwiek, to jest jeden z najbardziej przerażających momentów w życiu.
Może dlatego zaczął boleć mnie brzuch. Walczyłam z nim rok, aż się poddałam. Tym razem zamiast odkładać, pieniądze wydawałam na bieżąco – na lekarzy i recepty. Jestem pewna, że za to wszystko mogłabym kupić co najmniej używane Volvo. Aż przyszło kolejne lato, a ja znieczulałam się sportem. Dosłownie. Bieganiem, chodzeniem i jeżdżeniem na rowerze, bo tylko to dawało poczucie jakiejś równowagi w głowie i małego szczęścia. W lipcu zapisałam w zeszycie, że chciałabym przeżyć wakacyjną Miłość i ona też przyszła (choć to za duże słowo). Rozpuszczała ciepłem wszystko to, co od dawna było zamrożone, ale tylko przez chwilę. Potem się zapadła pod ziemię, jakby jej w ogóle nie było i zostawiła mnie z uczuciem jeszcze większej pustki i samotności niż wcześniej.



Po raz pierwszy nie cieszyłam się na wyjazd nad Bałtyk. Po raz pierwszy odpuściłam listopadowy weekend w Poznaniu, choć rezerwacja była bezzwrotna. Po raz pierwszy zrozumiałam, że do tej pory nie byłam wcale samodzielna, a samotna. Po raz pierwszy tak bardzo bałam się jesieni, długich wieczorów i zimnych nocy. Po raz pierwszy poranne bieganie wydało mi się czymś niemożliwym do zrobienia, choć robię to prawie codziennie od pięciu lat. Znów nic we mnie nie było i przestałam czuć emocje. Znów byłam niewystarczająca i zbyt pokruszona. Stałam się bardziej wrażliwa na ludzi, absorbujący i głośny sposób bycia, którego nie da się przyciszyć jak w radioodbiorniku. Nie chciałam pracować z nikim, wybierałam zadania w pojedynkę i osiem godzin w jedenastoosobowym pokoju zabierało mi całą energię. A potem tylko czekałam na wieczór, żeby zasnąć i obudzić się dopiero kolejnego dnia.
Zaczynałam od gapienia się w okno. Widziałam, jak wieje wiatr i jak liście powoli znikają z drzewa przed blokiem. Budziłam się wcześnie i nie wiedziałam co zrobić z czasem – najpierw przed pracą, a potem tym po pracy. Oglądanie filmów przestało być przyjemnością, próbowałam czytać, patrzyłam na tytuły książek i nie mogłam nic wybrać. Czasem trochę pisałam w zeszycie i myślałam o tym, co mogę zrobić w 2025, który za chwilę nadejdzie. A potem wszystko wydawało mi się tak błahe i nic nie warte. Złościłam się na kurz na umywalce, na bolący brzuch i na siebie, że nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić. Wiedziałam, że tym razem sama nie wyprostuję kolan i nie otrzepię łokci.
Płakałam.
Próbowałam jeszcze patrzeć na kolorowe liście i pić wieczorem kakao. Próbowałam palić zapachowe świece i robić własne. Kupiłam kurs na nową drogę, gofrownicę i świąteczny pojemnik na herbatę. Aż przestałam mieć siłę, żeby podnieść się z łóżka rano.
Jestem pusta w środku jak słoik po musztardzie. Czekam na wizytę u psychiatry, z nadzieją, że latem znów zobaczę Bałtyk i będę płakać tylko ze wzruszenia.





