Starsza siostra od Włókiennictwa

Starsza siostra od Włókiennictwa

To ja. Jeśli takiej jeszcze nie macie, to już po problemie.

Studiowałam włókiennictwo przez kilka lat z wynikiem końcowym inżyniera i piątką na dyplomie. To nie tak, że spełniałam swoje dziecięce marzenie o byciu włókiennikiem w białym fartuchu, mieszającym kolory w probówkach i robiącym sobie żarty z ultra niebieskiego barwnika, którym nieświadomie pokolorowałam też innym fartuchy. Ja tam znalazłam się z przypadku, ale one podobno nie istnieją.
Widocznie los tak chciał.

Teraz już wiem po co – żebyście Wy nie musieli.
Badałam różne włókna, sprawdzałam jak się zachowują, jak bardzo są wytrzymałe, odporne na ciepło, rozciąganie, ścieranie i nawet na deszcz. Jak się rozpuszczają, spalają, formują. Uczyłam się jak powstaje wiskoza, widziałam jak czesze się wełnę wałkami i szczotkami większymi niż te najbardziej zaawansowane dla włosomaniaczek, a napawarka do barwienia tkanin prawie urwała mi kawałek dłoni. Takie to było poświęcenie.

Miałam praktyki w farbiarni, gdzie było mnóstwo dżinsu. Podpatrywałam jak z zupełnie surowego staje się bardziej niebieski, przetarty, miękki i milszy w odbiorze. Rozszyfrowałam to, dlaczego kolory się spierają, czym różnią się proszki do koloru, białego i dlaczego lepiej nie prać wszystkiego w tym drugim. A mama tak całe życie robiła. 

Poznałam działanie membran, wytwarzałam włókna tak cienkie, że ich prawie nie widać, wysnuwałam nitki z próbek aby pod lupą sprawdzić, jaki to splot. Rozwiązywałam zagadki na miarę Inspektora Gadżeta co najmniej, a jednym z największych odkryć było też to, że suwmiarka wygląda jak Koziołek Matołek. Serio.

Rozróżniałam tkaniny od dzianin, barwienie od farbowania, poliester od bawełny. Dowiedziałam się o różnych obliczach materiałów naturalnych, syntetycznych, sztucznych i jak bardzo na co dzień myli się te pojęcia. Poznałam, co mają w sobie rzeczy z Chin (uogólniając) i przecierałam oczy ze zdumienia, że tak mało wiemy idąc do Pepco czy innego sklepu chińskiego.

A potem rozmawiałam z ludźmi w sklepie sportowym, gdzie podczas studiów pracowałam i wszystko, czego się dowiedziałam mogłam im powiedzieć. Jak działają kurtki na deszcz, narty i dlaczego na czekanie zimą na autobus to lepiej wybrać puchową. Doradzałam w czym i jak prać, żeby parametry tych technicznych rzeczy zachować, żeby służyły jak najczęściej i nie rozczarować się zbyt prędko. Potrafiłam powiedzieć, co takiego ma w sobie top Adidasa, czego nie ma ten marki własnej i gdzie tu jest haczyk. Rozwiewałam wątpliwości przy ubraniach z filtrem UV i strojach kąpielowych ze zwiększoną odpornością na chlor. Tłumaczyłam, czemu jasne kurtki niekoniecznie zawsze tak bardzo się brudzą, jak mogłoby się wydawać i podsłuchiwałam kolegów z działu technicznego, którzy sprzedawali rowery z nadzieją, że kiedyś też jakiś przehandluję. 

Ale wcale Wam nie będę mówiła co wybrać i czego absolutnie nie. Będę mówiła o tym, jak zrobić to lepiej – bez nakazów, zakazów i technicznych definicji.

Tak po ludzku, po prostu – jak rozmawia się z siostrą. Starszą siostrą od Włókiennictwa właśnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.