Siedziałam połowę zeszłej niedzieli na szarej kanapie i wpatrywałam się w szarą pogodę za oknem. Bolało mnie ciało i trochę chciałam, żeby to przeszło, a trochę nie wiem, co chciałam. Gapiłam się jakby coś miało się wydarzyć, a nie wydarzyło się nic. Właściwie tego dnia mogłoby nie być i nawet bym nie zauważyła.
Późnym popołudniem jednak wstałam, skroiłam kamizelkę, wieczorem obcięłam nitki, a w czwartek włosy. Siedziałam na fotelu u fryzjera w tej samej kamizelce z niedzieli, za oknem padało, było ciemno i była ciepła herbata w kubku.
Słyszałam nożyczki i bardzo lubię ten łagodnie chrupiący dźwięk zmian na włosach, a może nawet i w życiu. Dźwięk nowych początków i nowych fryzur. Wdychałam zapach kosmetyków, bo tylko w salonach tak nimi pachnie i potem jeszcze przez 3 dni na włosach. Patrzyłam na dyplomy z pucharem nad lustrami, słuchałam niechcący rozmów pana Włodka z panią Ewą i myślałam o tym, że to przecież jest takie dobre – oferować innym usługę, której sami sobie nie mogą dać. Zyskać zaufanie na 4.8 gwiazdki w Google i stałych klientów liczonych w latach. Że to nawet już słów nie trzeba, tylko porozumieć się spojrzeniem i wszystko wiadomo. Jak ciąć, jak ułożyć grzywkę, wyprostować czy zakręcić. Czasem przyjąć radę, pozwolić na doświadczenie i wyjść z przekonaniem, że jest tak, jak być powinno.



Wyszłam prosto na deszcz z krótkimi jak nie pamiętam kiedy wcześniej włosami, ale lżejszymi i już nie smutnymi jak uszy kokiel spaniela. A potem zrozumiałam, że zwątpiłam w siebie bardzo, zanim zdążyłam uwierzyć naprawdę. Tuż przed snem, na rozłożonej szarej kanapie. Zamiast spać myślałam o tym, że może zbyt surowo siebie oceniłam. Że może ludzie jednak chcą ufać i ubierać się w te pojedyncze rzeczy, które tworzę na nowo, choć z drugiego obiegu. Bo przecież lubię tworzyć. Że to w zamian za te wszystkie szybkie, jedna wolna, jak piosenka na szkolnych dyskotekach, co zdarzała się raz na 3 godziny i przed samym końcem.
I tak dociera do mnie więcej myśli i uczuć, jeśli im robię przestrzeń w sobie. Na chwilę przed końcem roku. Bo poczułam jeszcze, że chciałabym mieć swoje miejsce nawet, jeśli nie byłoby na zawsze. Ale takie, o którym mogę powiedzieć, że wracam do siebie i do domu. W którym się zmieszczę, z maszyną, sobą i rowerem. W którym czuć prawdziwą obecność, nie tylko studencką przypadkowość i jeśli nożyczki spadną czubkiem do dołu i zrobią dziurę w podłodze, to będzie taka własna, a nie kaucji, którą zostawiłam przy umowie za wynajem. I w którym będę się gapić przez okno z granatowej jak Bałtyk kanapy, bo taką właśnie sobie wyobraziłam. W przedpokoju powiesiłabym plakat “Powrót do domu” i patrzyła za każdym razem, kiedy wracam. Kupiłabym odkurzacz, wycieraczkę przed drzwi wejściowe i wieszała od zewnątrz stroik świąteczny w grudniu.
Bo to nie tylko rzeczy, ale też uczucia. Bez wielu przedmiotów mogę się obejść i nawet nie chciałabym ich mnożyć, ale nie bez uczuć. A tu, tu tylko jestem na wpół i na słowo honoru. Nie u siebie, choć w małych cząstkach starałam się, żeby było o słoneczną poduszkę bardziej przytulnie i pierwszą w dorosłym życiu puchatą choinkę oplecioną lampkami LED na baterie, którą właśnie uszyłam, bo na prawdziwą nie ma tu miejsca.





