Gap Year 2023

Gap Year 2023

Na początku tygodnia znalazłam budynie w skrzynce na listy, w której do tej pory były tylko gazetki z Aldi. Takie do zrobienia z mlekiem, jak kiedyś mama robiła, tylko wtedy było mniej smaków. A ja dostałam takie najfajniejsze z alejki z budyniami, edycje limitowane. I postanowiłam zrobić budyniowy ranking.

Codziennie rano sprawdzam nowy smak, przyznaję punkty i oceniam jak Magda Gessler pierogi. Tylko nie rzucam talerzami.

Mniej więcej w środku tygodnia postanowiłam rozprawić się z porażkami. Żeby powiedzieć na głos, puścić w świat i wypuścić z środka. Chciałam zdążyć przed Osobistym Początkiem Roku, który wydarza się właśnie na wiosnę. Postanowiłam, że będzie to mój Gap Year. Czas, w którym chciałabym odzyskać zwykłą, codzienną radość, odnaleźć siebie na nowo i żeby nie zabrakło mi już powodów do wstawania rano.

Zrobiłam listę 25 rzeczy, które chcę zrealizować – dla siebie. I wysprzątałam porządnie kuchnię, bo pierwszy na liście jest ogródek na parapecie.

  1. Zrobić ogródek na parapecie (bo kocham świeżą kolendrę, pietruszkę i inne kiełki),
  2. Pojechać nad Bałtyk (kocham go jeszcze bardziej niż kolendrę),
  3. Zrobić tatuaż (kolejny mały znaczek na ciele, jak z tych listów i pocztówek, co zbierało się do klasera na pamiątkę),
  4. Robić zakupy na targu (uwielbiam wybierać nieidealne warzywa, dostawać koperek w gratisie i czuć powietrze o zapachu truskawek albo pomidorów malinowych),
  5. Częściej wyłączać Internet (bo miło jest nie być cały czas dostępną),
  6. Znaleźć zajęcie, które pochłonie tak bardzo, jak gąbka sok pomarańczowy, kiedy się rozleje,
  7. Wypróbować nowy sposób parzenia kawy, bo przelew i kawiarkę mam opanowaną,
  8. Zobaczyć geometryczny środek Polski i wybrać się tam pieszo, o świcie, tylko z plecakiem,
  9. Spalić nos na słońcu latem,
  10. Spróbować nowego smaku lodów w wakacje,
  11. Kupić bidon ze słomką na spacery i inne wędrówki, którego nie trzeba przechylać,
  12. Nakręcić teledysk,
  13. Przeżyć przygodę (jeszcze nie wiem jaką),
  14. Zjeść kilo truskawek w słońcu,
  15. Zrobić piknik,
  16. Odwiedzić Poznań,
  17. Oddać rower na przegląd,
  18. Kupić kask,
  19. Pojechać na jednodniową wycieczkę – od świtu do zmierzchu,
  20. Przejechać całą trasę jakiejś linii tramwajowej (chciałam to zrobić od początku studiów),
  21. Zgubić czas,
  22. Zrobić coś spontanicznie,
  23. Pisać pamiętnik i Weekly Blog,
  24. Nie oczekiwać za dużo,
  25. Czuć się ze sobą dobrze.

A potem dostałam długiego mejla. Takiego, jakich się już nie pisze, bardzo szczerego, aż do wzruszenia. Dostałam zaproszenie do Gdańska, na obróbkę bursztynu i całą historię. Że jak kiedyś znajdę na plaży, to będę wiedziała jak go obrobić najpiękniej. Zaproszenie na spacer, gofry i rozmowę, choć znamy się wyłącznie z sieci. Czytałam o wszystkim i nie mogłam uwierzyć, bo tak kocham być nad morzem, szukać bursztynów choć w swojej karierze znalazłam tylko jeden i nawet nie wiem, czy prawdziwy. No i boję się sprawdzić, bo jeszcze się rozczaruję. Ale za każdym razem kupuję bransoletkę z bursztynem – jedyną właściwą, nadmorską biżuterię. A teraz będę mogła ją zrobić sama. To było jak scena w filmie, co nigdy się nie przydarza i bardzo dużo szczęścia na raz. Tego zwykłego i dobrego, tak bardzo.

Wzięłam też udział w konkursie, gdzie zadaniem było napisać, że jakby się było ptakiem, to jakim. Napisałam, że byłabym Mewą. Bo jak mewy słychać, to wiadomo, że Bałtyk blisko i wakacje. Ludzie robią im zdjęcia w pełnym słońcu i dobrze, bo od fleszy by jeszcze oślepły. Mogą biegać po plaży i moczyć stopy w wodzie, prowadzić ranking najwcześniej rozłożonych parawanów o poranków i najbardziej spieczonych skwarków w południe (ja bym prowadziła). Podkradają frytki turystom, mogą szukać muszelek i bursztynów i tylko szkoda by mi było, że nie mam rąk, aby je podnieść. Umawiają się na randki o zachodzie słońca i dryfują jak statki na wodzie, kiedy wypływają z portu.

Taką Mewą bym właśnie była. A do frytek prosiła podwójny keczap. Póki Bałtyk nie zamarznie.

Posadziłam wszystkie zioła. Pietruszkę Natalkę, kolendrę, koperek, szczypiorek, bazylię właściwą, czerwoną, cytrynową, cynamonową i nie miałam pojęcia, że tyle ich jest. Miętę, pomidorki i poziomki. Naczytałam się wcześniej, że potrzebują specjalnego podłoża i trochę się obawiałam, czy sobie poradzę ze znalezieniem odpowiedniej ziemi. Ale się okazało, że istnieje taka do ziół, ktoś to bardzo dobrze wymyślił. Kupiłam jeszcze spryskiwacz w szałwiowym kolorze i będę zraszać sadzonki wodą, póki nie wyrosną.

I dostałam zaproszenie do radia, takiego prawdziwego, na audycję na żywo. To najświeższa ze spraw i jeszcze nie mam pojęcia, jak się rozwinie. Ale się przydarzyła.

Do kolejnego odcinka,

~Typiarka

1 komentarz

Możliwość komentowania została wyłączona.