Czy nawyki mają termin ważności?

Czy nawyki mają termin ważności?

Mniej więcej od pięciu lat biegam prawie codziennie. Pięć lat to dużo czasu i przez większość wychodziłam na zewnątrz tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zastanowić, czy chcę. Wychodziłam kiedy padało, było ślisko i kiedy wiatr chciał głowę urwać. Nie przeciwko sobie, a dla siebie. 

Pierwszy rok był ciekawym wyzwaniem. Do tamtej pory biegałam tylko wtedy, kiedy było ciepło i jasno, a potem już nie wystawiałam nosa za drzwi. Aż pewnego razu pomyślałam, że po prostu spróbuję i przebiegnę cały rok.
Przebiegłam.

To był rok całkiem zabawny, zobowiązałam się sama przed sobą, patrzyłam na jeszcze śpiące miasto i ścigałam z furgonetkami rozwożącymi drożdżówki co rano. Pierwsza deptałam świeży, puchaty śnieg, ślizgałam się na lodzie i oglądałam wszystkie różowe wschody słońca. Wyraźnie widziałam (i czułam) jak zmieniają się pory roku, zużyłam kilka par butów do biegania i codziennie rozliczałam się z biegowego wyjścia. Nie zakładałam stałej pory, dystansu i czasu. Raz było to szybkie pięć kilometrów, innym razem powolne piętnaście albo niezwykłe sześć w Lądku przed trzecią w nocy. Przy 365 dniu nie wiedziałam, co będzie kolejnego. Czy mam wstać i pobiec? Czy już przestać? Po co mam teraz biegać?

Okazało się, że te 365 codziennych rozruchów zrosło się ze mną, jakby było naturalne. Biegałam dalej, wciąż przez wszystkie pory roku, ale już bez żadnego założenia. Nie pamiętam kiedy, miałam pierwszy kryzys. Ale pamiętam, że przerażała mnie myśl opuszczenia któregoś z poranków. Jakbym wtedy nie była już sobą. Taka niepełna. Bardzo szybko okazało się, że nie potrafię już inaczej zaczynać dnia.

Pierwsza, długa przerwa w bieganiu przypadła na Covid, kiedy dogonił mnie jak wszystkich i na tydzień wykluczył z życia. Ale potem  wróciłam do stałego schematu, który wydawał się już taki na zawsze. W tym roku miałam już jeden kryzys i kilka dni bez czekających butów biegowych na wycieraczce pod drzwiami. Zaczęłam się zastanawiać, czy to nadal jest dla mnie i czy wciąż z tego czerpię, jak kiedyś. A potem kolejny raz wróciłam automatycznie, jakbym była zaprogramowana.

Teraz znów odpuszczam. Raz wyjdę, dwa razy nie, albo odwrotnie, obojętnieję. Czuję w sobie jakiś opór, choć wciąż bardzo lubię rześkie i ciche powietrze na twarzy, które mogę wciągnąć głęboko do środka, jeszcze przed wszystkimi. Ale coś jest nie tak. Tylko nie wiem co.

Zastanawiam się, czy nawyki mają… termin ważności? Czy to właściwie dobre, robić coś zupełnie mechanicznie, już bez uczuć i bez wyrazu? Czy ludzie w sobie w ogóle powinni mieć automatyzacje jak te, na Instagramie?

Bo tak się składa, że niewiele czuję. Czuję jakiś obowiązek, wyrzuty sumienia i uchodzącą przyjemność, jak powietrze w urodzinowych balonach, które leżą zbyt długo. Powoli jest mi już wszystko jedno. A jednocześnie wciąż wstaję o 4:30 i nie chcę inaczej. Zasypiam odpowiednio wcześnie i wiem, że to mój naturalny rytm, którego na siłę nie zmienię. Czasem w zamian rozkładam matę, obciążniki i hantle. A potem ćwiczę i tym razem czuję każdy ruch, napięty mięsień i skurcz w małym palcu u stopy. Jest inaczej i siłą rzeczy trochę bardziej świadomie.

Może przyszedł czas, żeby jeden rodzaj ruchu zamienić na inny? Albo przynajmniej zastąpić w części? Może to życie nie służy do takich automatyzacji i czasem trzeba poruszyć się inaczej niż do tej pory? I w końcu może, jeśli coś się zaczęło, to nie oznacza, że to już na zawsze…?

Trochę szukam powodu, usprawiedliwienia i rozwiązania jednocześnie. Wiem, ile ruch robi dla głowy i ciała i jestem sobie wdzięczna za te 5 lat sprawności. Nie stanę się nagle smukłą Pilates Girl, ale z ciekawością inspiruję się różnymi ćwiczeniami, które angażują ciało inaczej niż bieganie. Może okaże się, że finalnie jakoś wszystko połączę, bo ruch jest niesamowitym zajęciem i przywilejem dorosłego życia, o który chcę dbać i jak najdłużej wybierać schody zamiast windy. No i po cichu trochę tęsknię.

Między słowami pozwalam sobie na błądzenie i próby odnalezienia się w ruchu na nowo.
Może to jakiś początek zmian, o którym nie wiem albo początek przyznania się i powiedzenia sobie na głos, że potrzebuję skorzystać z pomocy. Pomocy kogoś, kto powie mi dlaczego to, co przychodziło tak łatwo i automatycznie przez długi czas, nagle stało się czymś niewyobrażalnie odległym i trudnym. Kogoś, kto pomoże mi wydostać się z przepaści obojętności na powierzchnię, gdzie byłam zwyczajnie szczęśliwa. Bo przecież byłam…