O szacunku, którego nie zabrałam w walizce

O szacunku, którego nie zabrałam w walizce

Odnoszę czasem wrażenie, że gdzieś po drodze zagubił nam się w życiu szacunek. Dokładnie tak, jak czasem gubiło się dwa złote z kieszeni w kurtce, kiedy jeszcze płaciło się gotówką za dużą paczkę chipsów w Biedronce. I było wtedy bardzo szkoda – tych chipsów, dwóch złotych i dziecięcej radości.

A teraz mi szkoda szacunku, choć nigdzie nim zapłacić nie można. Przynajmniej fizycznie, bo to jedna z tych walut, które wyrażają uznanie i wdzięczność – dla kogoś lub czegoś i od której w środku po prostu robi się lepiej. I czasem na świecie.

Oglądałam ostatnio japoński serial i wcześniej bym się nawet nie spodziewała, że taki włączę. Właściwie nawet nie wiem, jak tam trafiłam, ale spodobał mi się bardzo, może dlatego, że pomiędzy słowami i scenariuszem był ukryty głębszy sens i pewien rodzaj mądrości, z czym wcześniej się w serialach nie spotkałam. Zafascynowało mnie to tak samo mocno, jak cały japoński szacunek do wszystkiego, co istnieje – od ludzi, przez rzeczy, naturę, po ostatnią marchewkę na talerzu. 

Kiedyś byłam w Japonii. Trochę z przypadku, a trochę w nagrodę za własną pracę. Widziałam ten świat z bliska, przyglądałam się uprzejmości, punktualności i zaangażowaniu. Przewodniczka tłumaczyła, że kierowca autobusu przychodzi godzinę przed czasem z szacunku do swojej pracy. Z tego samego powodu wszyscy byli uśmiechnięci, pomocni i uprzejmi, choćby obsługiwali nawet najbardziej kłótliwych klientów. Było to trochę niesamowite, trochę przerażające, ale na pewno zupełnie inne i nietutejsze. Tamtejsze, ciekawe i nieznane.

Wtedy poczułam, że szkoda mi tych ludzi, że tak cały czas “muszą”, bo sama kiedy pracowałam w handlu i bezpośredniej obsłudze klienta w sportowym sklepie, a potem w drogerii, nie raz miałam ochotę odezwać się do kogoś niegrzecznie. Nie robiłam tego, ale pozwalałam sobie czasem na inne, drobne złośliwości.

Teraz to lepiej rozumiem i żałuję, że nie zabrałam ze sobą stamtąd trochę tego szacunku w walizce albo chociaż w kieszeni, bo zmieściłby się na pewno, obok gotowanych kasztanów i czekoladek z nadzieniem z fioletowego ziemniaka. 

Przykro mi czasem, jak wszystko powszednieje i nie odczuwa się już większych emocji. Rzeczy łatwo przychodzą, dostępne są na każdym kroku i w obniżkach takich, że kupuje je każdy, choć nikt nie potrzebuje. Łatwo się nabywa, łatwo wyrzuca i łatwo pozbywa wyrzutów sumienia. Nowości wychodzą z reklam na przystankach tramwajowych, z ekranów komputerów, telefonów i autobusu linii 96 pod blokiem. Drukowane są w gazetach i świadomościach ludzi, aż pojawiają się wszędzie, z chęci zwykłego posiadania lub dorównania komuś obok. Prawie automatycznie.

A tam, tam przestrzenie były niewielkie i mieściły wszystkie potrzeby. Każda rzecz służyła najdłużej, jak mogła i cała była pokryta szacunkiem, jak pokrywa się pączki lukrem na tłusty czwartek. Szacunkiem bardzo pojemnym, bo mieszczącym też czyjąś pracę, wykonanie i dostarczenie na półkę w sklepie, z której łatwo coś sięgnąć. Bardzo pięknie było na to patrzeć. 

Może rzeczy dzieją się zbyt szybko, świat pędzi za bardzo, a przestrzeń dla myśli i uczuć kurczy się za mocno. Nie ma przycisku “STOP” jak w autobusach przy przystankach na żądanie i z rozwiniętą, szaloną prędkością za oknem niewiele widać. A potem trudno dostrzec, że w tej całej, ogromnej układance brakuje puzzla z napisem “Szacunek”. 

Bo brakuje.