Czasem myślę sobie, że smaki i zapachy mogłyby być na równi ze zdjęciami, z kategorii Wspomnień. Ostatnio sama ze sobą grałam w skojarzenia przy jordanku, do którego przychodziłyśmy z Dziadkiem. Dziadkiem, który parzył sobie czoło pokrzywą dla zdrowotności i zawsze kupował małe paczki chrupek o smaku sera z ziemniakiem, których w sklepach już nie ma. I choć przeszłość była pokryta raczej margaryną niż masłem i ze wspomnieniami było różnie, to są pewne smaki, które zostały w tamtym czasie i których nigdy już nie doświadczę.



Pamiętam najlepszy w moim życiu i być może na świecie rosół z gotowanym kurczakiem od Babci ze strony Mamy.
Nie wiem, co to była za receptura, być może wieloletnia i tajna, bo Mama robiła już zupełnie inny. Jakby ten smak był zarezerwowany tylko dla Babci na ulicy Traktorowej.
Drugą Babcię, od strony Taty pamiętam bardziej ze słodkości. Biszkoptowe ciasto z jabłkami, pieczone w prodiżu i zapach, jakiego żaden piekarnik nie wytwarza. Był tak wspaniały, że samo powietrze sprawiało przyjemność, a potem puszyste ciasto z odpowiednim rodzajem jeszcze ciepłych jabłek w środku.
Bułka poznańska z serdelkiem, podkradana Tacie.
Duża i biała, z przedziałkiem, masłem i plasterkiem serdelka, który Tata przywoził z miasta w niewielkiej ilości. Czasem zdążyło zniknąć, zanim sam zrobił sobie kanapkę. Być może wiedział, że najlepsze serdelki są tylko raz w tygodniu, w Damisie z mięsną ladą i sprzyjającym szczęściem, że jeszcze popołudniu zostaną.
Knedle z truskawkami Mamy.
Ziemniaczane, pryskające sokiem z środka, przyjemnie miękkie i trochę chrupiące od bułki usmażonej na margarynie, która była na wierzchu.
Malinówki z drzewa za domem.
Kiedyś nie doceniałam aż tak bardzo, a dzisiaj myślę o tym, że to duży luksus mieć swoją jabłonkę i życzę sobie takiej w przyszłości. Czerwono – różowe, kruche, soczyste, słodkie, z białym środkiem. Nieidealne w kształcie, idealne w smaku, prosto spod drzewa, zanim ktokolwiek zdążył je opłukać.
Świeże orzechy włoskie, rozbijane pięścią przez Tatę, na szarej gazecie.
W garażu były ich całe skrzynki, schowane jak sztabki złota i wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że w dorosłym życiu będą kosztować co najmniej czterdzieści złotych za kilo. A tu było ich znacznie więcej, pod drzewami, pod którymi krzątał się Tata. Łupał je zawsze na święta i trzeba było wyjmować je ze skorupek. Nie przepadałam za wyciąganiem ich z środka, za to uwielbiałam podjadać z miseczki w tajemnicy przed Mamą, która zawsze mówiła, że nie starczy do sernika.
Do dziś są moimi ulubionymi.



Kruche ciasto ze śliwkami i kruszonką Babci, ponownie od strony Taty.
Trochę kwaśne od owoców i słodkie od cukru pudru. Chrupiące od kruszonki i miękkie od warstwy ciasta, które zdążyło przesiąknąć odrobinę sokiem ze śliwki i ciepłem. Nigdy potem już takiego nie próbowałam.
Gołąbki w zwykłej kapuście od Cioci.
Przyszywanej, bo tak naprawdę była zaprzyjaźnioną sąsiadką Mamy i nauczycielką starszej Siostry, ale po godzinach nazywałyśmy ją Ciocią. Gotowała gołąbki zawinięte w liście białej kapusty w taki sposób, jakby były zawinięte w papier śniadaniowy – równiutko i szczelnie. Mama zawsze używała kapusty włoskiej, innej w smaku i w sosie pomidorowym.
A te były w jakimś sosie własnym, który sam robił się w garnku. Niespotykanie przepyszne.
Zresztą, kapusta zawsze była moim ulubionym elementem w gołąbkach i często wymieniałam się na nią z siostrami, oddając im mięsny środek. A potem Mama zaczęła dokładać dodatkowe liście do garnka i otrzymywałam je w bonusie.
Naleśniki Mamy, smażone na metalowej patelni.
Zawinięte w ciasny rulon, z cukrem w środku, który chrupał w zębach. To był niezwykle przyjemny kontrast miękkiego, wcale nie cienkiego naleśnika i chrupkiego cukru. Uwielbiałam kroić ten rulon na cienkie paski, a potem rozwijać go w buzi i wciągać jak makaron. Nie było w tym żadnej logiki, za to przyjemność pamiętam do tej pory. Przy żółtym świetle żyrandola w jadalni, na dużych, białych talerzach i drewnianym stole, któremu zdarzyły się odciski po zbyt ciepłych kubkach z herbatą.
Kruche ciasteczka pieczone przez Mamę.
Najlepiej w nieświadomości, które poznawało się po rozgaszczającym się powoli maślano – waniliowym zapachu. Byłyśmy dosyć małe, bo później Mama takich rzeczy już nie robiła, ale czasem tęsknię za czarnym, głębokim półmiskiem wypełnionym rumianymi pysznościami o różnych kształtach i o odpowiedniej grubości, gdzie brzegi były bardziej chrupkie, a środek miękki, póki wszystko było jeszcze ciepłe.
Czarna herbata z cukrem i twarde biszkopty z marmoladą w bloczku, krojoną nożem u Cioci.
Mieszkała naprzeciwko, miała pierzynę i chodziła spać z kurami. Pamiętam kuchenkę, w której trzeba było rozpalać, zapach typowy dla tamtych lat – cukru pudru, który zdążył pozbijać się w grudki. I te biszkopty, które w szafce leżały zbyt długo, aż zdążyły stwardnieć. Jednak były idealną bazą do rozsmarowania zbitej marmolady i popicia ciepłą herbatą ze szklanki w metalowym koszyczku.



Teraz dużo się zmieniło. Nie jem już mięsa, choć niezmiennie uwielbiam prawdziwą kruszonkę, którą bardzo trudno znaleźć i za którą oddałabym wszystkie rogale pistacjowe w okolicy. Myślę sobie, że te wszystkie smaki miały w sobie jakiś element Miłości, choćby tylko chwilowy i głęboko ukryty, między szczyptą soli i mąki. Dziecięce wspomnienia na języku i w pamięci, które tylko tam można odtworzyć, bo wcześniej nikt nie myślał o tym, że kiedyś rozwinie się fotografia kulinarna. Wszystkie przepisy zostały przy tych osobach już na zawsze, razem ze składnikami i tajemnicą, której nikt nie przekazał w zeszycie w kratkę, poplamionym masłem. Czasem mi szkoda, że tego gotowania już nikt nie uczy, choć równolegle myślę, że identycznych smaków już by nikt nie odtworzył.


