Czasem myślę, że każdy, kto mówi “Święta, święta i po świętach” mógłby być Grinchem. Bo to znaczy, że święta, to takie nic. Że czekanie od początku grudnia na czekoladowego Mikołaja i sernik niewiele było warte. Już jest po wszystkim. Już można zamieść to pod dywan, jakby nic się nie wydarzyło.
Ale Grinchem są też świąteczne wyprzedaże, dekoracje po złotówce i niesprzedane kalendarze przecenione na 10 zł z 200, choć przed chwilą były takim hitem w Internecie. To też wygląda tak, jakby naprawdę święta nie miały wartości. Ktoś zrobił interes i wszystkich w bambuko, że wcześniej kupili w regularnej cenie.



A te regularne ceny już są od września. Już nawet nie po Wszystkich Świętych, ale równo z nowym rokiem szkolnym, kiedy jest jeszcze ciepło i ani śnieżynki. To nawet nie zimny listopad.
Nie wiem, może w dorosłym życiu już nie ma miejsca na magię i Mikołaja dzwoniącego dzwonkiem do drzwi. Nie ma miejsca na śnieg, pieczenie pierniczków i wieszanie ich na choince. Nie ma miejsca na łańcuchy z popcornu albo z papieru. Na picie kakao, choć kalendarze adwentowe serwują herbatę. Nie są już tymi z czekoladkami, a z kosmetykami, makijażem i kulami do kąpieli. Recenzje video pojawiają się wcześniej niż kalendarze w sklepach i ktoś otwiera od razu wszystkie okienka, rujnując ten mały element niespodzianki. Choć tak naprawdę to wszystko jedno, bo kalendarze są ostatnio od pomadek i cieni do powiek, zamiast do czekania.



Naprawdę czuję, jakby ktoś tarką zerwał tę miłą warstwę, kiedy nie można było doczekać się czasu pachnącego sernikiem, włączonych lampek na choince i ukrytych słodyczy, bo “to na święta”. Jest mi przykro, że ten czas, który kiedyś był pluszowym czasem, teraz rozpuszcza się jak piana z tych kul do kąpieli w kalendarzu, spływa wraz z wodą i nic nie zostaje.
Chciałabym nie słyszeć tych słów, rozgościć się dobrze w tym czasie i po prostu pobyć.


