Latem wszystko smakuje lepiej obsypane koperkiem. Czerwiec pachnie truskawkami, lipiec wypełniony jest czereśniami, a w sierpniu pojawiają się śliwki, gruszki i pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni.
Latem słońce wcześniej wstaje, później chodzi spać i mocniej świeci. Czasem razem z ciepłem wpadają muchy przez okno, choć nikt ich nie zapraszał. Albo okna trzeba zamykać przed pszczołami.
Latem stoi się w kolejkach i w miejscach z ulubionymi lodami. W Biedronce pojawiają się promocje na rożki truskawkowe, a w Lidlu na familijne pudełka.
Latem arbuzy są jak kinder niespodzianki, jeśli kupi się je w całości. Bo nigdy nie wiadomo, jak gruba będzie skórka, ile pestek i czy trafi się odpowiednio słodki. Tylko częściej trzeba zmywać podłogę po soczystym arbuzie, który niechcący kapnął sokiem tam, gdzie nie trzeba i nie można go tak po prostu zostawić.
Latem szyby kurzą się trochę bardziej i widać lekko niebieskie smugi, które znikają dopiero jesienią.
Latem wszyscy przypiekają sobie nosy albo ramiona, mrużą oczy i czasem zapominają o kremie z filtrem. W mieście rozgrzany jest asfalt, a nad morzem piasek i lepiej na nich nie stawać bosą stopą.
Latem szybciej schnie pranie (jeśli ktoś ma co najmniej balkon), włosy blakną od słońca i nie trzeba zdejmować ciężkich płaszczy.



Lubię lato.
Ze wszystkimi jego cechami, których świadomie nie nazywam wadą albo zaletą. Bo ktoś na ciepło odpowie, że woli jesień albo, że w ogóle to lato w Polsce jest nie takie, jak trzeba. Truskawki sprzedają za krótko, Bałtyk jest zimny i bywają dni, w których jest gorąco, jak w piekarniku. Ktoś inny zauważy, że właściwie to lato powinno trwać dłużej, bo jeszcze nie spróbował wszystkich smaków lodów i ramiona są takie blade.
Mi też jest go szkoda, kiedy się kończy, a potem tęsknię do kolejnego. Dlatego przyjmuję lato takie, jakim jest, przez te trzy miesiące w roku. Zanim jesień przyprowadzi dynię, a zima pierniczki i święta. Zanim wiosną wszystko zakwitnie, a stąd do lata będzie już niedaleko.
Myślę, że każda pora ma coś swojego, co nie zdarza się w innych. Każda ma swoje przywileje i zmienia przestrzeń za oknem.
Zimą nosy są czerwone od zimna, jesienią od kataru, a wiosną od kichania na widok pyłków brzozy, trawy i wszystkich w powietrzu.
Zimą puszysty jest śnieg, a wiosną puszyste są chmury.
Jesienią trzeba rozgrzewać się zupą, a latem słońcem.
Latem najsłodsze są pomidory, a jesienią najlepsze jabłka.
Wiosną pojawiają się pierwsze rzodkiewki, a zimą mrożonki przygotowane na zapas.
Zimą wszyscy robią postanowienia noworoczne, ale dopiero wiosną odżywają tak naprawdę.
Jesienią można bezkarnie spędzać czas pod kocykiem, a latem spać z otwartymi oknami.
Na koniec myślę sobie, że gdybyśmy byli “ciepłym krajem” na zawsze, nie byłoby herbat pachnących cynamonem z pierniczkiem. Nie byłoby śladów na śniegu i ciepłych czapek. Nie byłoby gorącego kakao, dyniowej zupy z imbirem i drobnej nostalgii. Nikt nie tęskniłby do dłuższych dni i ciepła, które nie będzie już pochodzić z kaloryfera.
I wcale nie jestem pewna, czy byłoby lepiej.


