Kroi się

Jest to marka, taka premium co najmniej, bo tyle, ile serca w to wkładam i pracy, to nie da się w żaden sposób policzyć, naprawdę. Gdyby kiedyś przyszło mi też wybrać coś, co zmienia życie to powiedziałabym, że jest to nerka, na dodatek w  wersji powiększonej – mieści tyle, że nie trzeba więcej, słowo. W litrach nie podam, chyba że wina, bo do środka zmieści butelkę czerwonego, grzanego albo po prostu ulubionego. Banany też zmieści, kostkę tofu lub dwie, no i klucze z portfelem ewentualnie – zależy tylko co dla kogo jest ważne. W każdym razie, jeśli tak wszystko mieć przy sobie – w tej nerce, to nawet nie szkoda zostawić reszty toreb w tramwaju. Z nerką na sercu, na słowo harcerza i obietnicę na mały palec.

Tworzę ładne rzeczy z resztek – niechcianych ubrań, obrusów i innych zasłon – za małych, niewygodnych albo schowanych ‘na kiedyś’, które nigdy nie nadchodzi. A zamiast na straty,  trafia jednak do mnie, a potem powstają – ładne nerki, plecaki  i różne torby. Jest to część wszystkiego, bo kolejna, to taka potrzeba tworzenia, co czasem jest w środku i nie wiadomo którędy oddać ją światu. Można rysować, pisać wiersze albo haftować. I szyć można też właśnie, więc szyję. 

Jak puzzle łączę części i ludzkie historie, tworzę nowe, ale niekoniecznie wiem co przyniosą i gdzie będą potem. Niektóre lądują na drugim końcu Polski, inne całkiem blisko, a zdarza się czasem, że nawet granice przekroczą i zwiedzają więcej niż mogę sobie wyobrazić. Tak czy inaczej, miłe są te drugie życia i że to tak można w ogóle oszukać przeznaczenie. To takie małe plasterki na nadmiar i nadprodukcję, tylko nie mam pojęcia jak duża jest ta apteczka.

Nie mam planu co dalej – z tym szyciem. Wokół padają życzenia szwalni, za które bardzo dziękuję, ale tej szwalni to tak naprawdę nie chcę. Ani pracowni z prawdziwego zdarzenia z umową najmu lokalu, choć kiedyś myślałam, że tak właśnie będzie. Bo ja wierzę, że za trochę przeniosę się do kampera, że będę chciała popróbować różnych rzeczy i mieć kolejne małe życia. Że potrzebuję jeszcze jakiejś ścieżki, żeby do szycia wracać lekko i dobrze. Życzę sobie małego domku gdzieś w okolicach morza – coś jak holenderka, tylko całoroczny. Przez pewien czas bym tam stacjonowała i szyła właśnie, a resztę spędzała mobilnie, choć w kamperze miejsce na maszynę do szycia będzie.

To wcale nie jest takie proste i nic złego nie ma w tym, że najzwyczajniej w świecie nie wiem – co będzie za te 5 lat, o które pytają na rozmowach rekrutacyjnych. Jak wiatr zawieje i jak wysokie fale będą. Ale czego się nauczę po drodze, to zostanie ze mną i może kiedyś jakieś inne drzwi otworzy.

Dlatego chcę, aby szycie było jedynie częścią wszystkiego, a nie wszystkim. Własna działalność ma to do siebie, że kod PKD można zawsze dodać lub odjąć, w pewnym momencie parzyć kawę na wynos, urządzać prywatne lekcje szycia z dojazdem albo stworzyć voucher na przygodę. Do sprawdzenia jest jeszcze sporo, a co zostanie na dłużej – zobaczymy za 5 lat 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *