Kiedyś życie było prostsze.
Nie trzeba było płacić za dostęp do ruchu i sama wybierałam wędrówki do liceum po 4.5 kilometra w każdą stronę, żeby zaoszczędzić 36 zł na bilecie miesięcznym i kupić sobie pierwszy jedwab do włosów marki Dove z pompką.
Nikt nie zastanawiał się nad porowatością włosów, a mama kupowała familijny szampon jajeczny w litrowej butli, który był gęsty jak kogel mogel z 12 jajek.
Nikt nie wiedział, że trzeba mieć specjalny grzebień do odżywki i czepek do spania.
Nikt nie miał na zajęciach z WFu koszulki z łyżwą Nike, za to wszyscy mieli białe koszulki i czarne spodenki.
Miarą luksusu było noszenie butów na zmianę w reklamówkach sieciówek H&M, Cropp czy House, zamiast w zwykłym worku ze sznurkiem.
Dostęp do Internetu wynosił po 2 godziny miesięcznie na każdego z domowników, a w książce telefonicznej wyszukiwało się numery telefonów stacjonarnych koleżanek ze szkoły.
Kiedyś, ten limitowany Internet sam regulował czas spędzony w sieci, a dziś trzeba instalować do tego specjalne aplikacje, aby ograniczały dostęp, bo sami nie potrafimy się z tego Internetu odłączyć.
Kiedyś kupowało się paczkę chrupek kukurydzianych o smaku ziemniaka z serem za 50 groszy i była to jedna z najlepszych rzeczy dzieciństwa. Tuż obok rozpuszczania czekolady na słońcu, żeby zrobiła się płynna.
Nikt nie patrzył w kolorowy ekran smartfona (fakt, że ich nie było), a tapety na telefon ściągało się z ostatniej strony Bravo czy innej Filipinki, po 2.44 zł za sztukę.
Nikt nie miał inteligentnego zegarka mierzącego sen, nawodnienie, stan skupienia i wysyłającego wszelkie powiadomienia.



Kiedyś kremy nie miały tylu funkcji i nie wprawiały w zakłopotanie, czy potrzebuję odżywienia i redukcji zmarszczek, czy nawodnienia i rozjaśnienia przebarwień przy okazji. A może najlepiej zainwestować we wszystko naraz.
Kiedyś nie było tylu kolorowych opakowań, które przyciągają uwagę jak zapach świeżych drożdżówek przy piekarni. Ale kuszą tak samo mimo, że za chwilę wylądują w koszu (opakowania, nie drożdżówki).
Kiedyś nie było aplikacji od wszystkiego, oferujących promocję na banany, płatki śniadaniowe, dietę, ćwiczenia, sukienkę z cekinami, komplet do jogi i krem ujędrniający do ciała. Albo tych do relaksacji, zaglądania w głąb siebie, regulowania emocji i proponowania suplementów na dobrostan. Tylko nie ma takich od spacerów po parku, pobyciu w (czasem niewygodnej) ciszy i zakupów na ryneczku, którego programem lojalnościowym jest koperek w prezencie za bycie stałym klientem.
Wszystko wywróciło się do góry nogami i dzisiaj to, co kiedyś było łatwo dostępne, nagle wymaga subskrypcji, rejestracji i ciągłego połączenia z Internetem. Albo to my myślimy, że jeśli zapłacimy za to wszystko, to dopiero wtedy zadziała. To będzie lepiej. To poczujemy spokój.
Nadal zastanawiam się szczerze, czy to, co ma ułatwiać życie, faktycznie to robi, czy tak naprawdę je utrudnia…?
Czasem największym odkryciem okazuje się to, co zwykłe i proste. Co było stosowane już dawno temu, nie wymagało pamięci w telefonie i nie zajmowało zbyt dużo miejsca w sobie. A może o to chodzi, że gdzieś pomiędzy nadmiarem bodźców i możliwości wszyscy się w jakiś sposób gubimy i Google Maps z tych ślepych uliczek już nie wyprowadza?
Nagle decyzji do podjęcia jest coraz więcej – od tego, czy organiczne banany są lepsze od zwykłych, czy śniadania mogą mieć węglowodany i nie będzie to zbrodnią, czy jednak powinny być białkowo tłuszczowe? Czy ten krem w różowym opakowaniu jest lepszy od tego w beżowym, a może wybrać ten w jaskrawym, bo aż krzyczy z półki? Czy kolejna aplikacja do zliczania wypitych szklanek wody, kroków i dni cyklu jest aż tak bardzo niezbędna i czy aby na pewno wszyscy sumiennie zaglądają tam co szklankę?
Nie wiem.
Chyba trochę w to wątpię. Albo nie umiem odnaleźć się w tym szalenie postępującym świecie i wszystkich technologiach jednocześnie.


