Zawsze jest coś do kupienia

Zawsze jest coś do kupienia

Zawsze jest coś do kupienia. Ziemniaki na promocji w Biedronce, jogurt z kuponu w Lidlu, sukienka z drugiej fali wyprzedaży, która wyświetliła się w reklamie na Instagramie. Blender kielichowy, ubijaczka do mleka, dżinsy na Vinted.

A lodówka jest pełna, szafa też, kawę właściwie pije się bez mleka, a w szafce blender jest ręczny i do tej pory wystarczał.

Te wszystkie reklamy oddziałują na nas bardzo. Zwykła gazetka z supermarketu, w której kuszą produkty mimo, że inne jeszcze nie są zużyte. 2+1, 2+2, 5+5 – przecież to wszystko się opłaca. A potem szafki wypełnione są po brzegi i wysypuje się z nich wszystko co najmniej tak, jak chrupki orzechowe z paczki.

Albo te ubrania – przewijają się wszędzie. A może by…? Ostatni raz, w takiej cenie, zawsze chciałam. A potem wszystko ląduje na Vinted – jeszcze z metką, nowe, nie używane, stan idealny, cena niska, bo po regularnej nikt nie kupi.

Kubek w Pepco. Niepozorny taki, w kształcie dyni, św. Mikołaja, liścia sałaty. Tylko gdzie go umieścić, jeśli w szafce inne kubki stoją już jeden na drugim?

Naszyjnik. Taka drobnostka, choć właściwie nie noszę naszyjników. Ale przecież zasługuję, to prezent dla siebie i wszyscy mówią, żeby siebie rozpieszczać. Że nie muszę robić nic spektakularnego, żeby siebie nagrodzić. Że to powinno być normalne.

Tylko gdzie jest ta granica między „zasługuję” a „potrzebuję”?

Postanowiłam to sprawdzić. Jak to jest i jak ciężko bez zakupów. Sama mam w szafce zapas chrupek kukurydzianych z solą, bo były dostępne tylko przez chwilę. Uległam. Tak samo jak uległam niskim cenom na Vinted i zamiast 2 par dżinsów kupiłam jakieś 5. A od jakichś 10 lat nie nosiłam dżinsów. Tym razem przecież będę, ale już tak naprawdę. Zakochałam się w modelu „balloon”, zwanym inaczej „paperbag” albo „mom fit”. Pod tymi trzema trendami kryje się jeden model. Bardzo sprytne.

Ale prawda jest taka, że wystarczyłyby mi jedne jasne, jedne niebieskie i jedne czarne. A mam ich dwa razy więcej i zupełny brak miejsca w małej szafie.

Rozległy jest ten świat nadmiaru i łatwej dostępności wszystkiego. Drogerii na każdym rogu z obniżoną ceną kremu, że żal nie kupić. I jeszcze waciki, tonik, szampon – na zapas. Reklamy elektroniki, która na pewno przyda się w tym albo przyszłym życiu. Zegarek od monitorowania codziennych parametrów, na którym sprawdza się finalnie tylko godzinę. Czepek do spania, o którym się zapomina, ale wszyscy o nim mówili w internecie. Wiralowy komplet dresowy z Tik – Toka i jak tu nie kupić, skoro inni już go mają?

Zatem 2026 będzie rokiem bez zakupów, aplikacji internetowych, powiadomień i potykania się o reklamy. Z dodatkowych wydatków będą tylko te, na spotkania z Bałtykiem, bilety na pociąg i nocleg. Bo naprawdę wszystko mam. Czuję się nawet przytłoczona ilością rzeczy i brakiem miejsca w małej, wynajętej kawalerce. Chciałabym to wszystko uporządkować, nie ściskać koszulek na niewielkiej półce, nie mieć na szafie pudła z sezonowymi ubraniami. Ale tu nie mam sposobności. To wynajęte 4 kąty, które tak naprawdę nie są domem i przeorganizowanie czyjejś przestrzeni nie jest proste.

Zamiast kupować, będę rzeczy upłynniać. Żeby jak przyjdzie mi się przeprowadzić, było jak najlżej. Żeby móc odetchnąć trochę bardziej pustą przestrzenią chrupiąc te kukurydziane chrupki z solą.