Tak to sobie wyobrażam, po obejrzeniu wielu świątecznych filmów, że święta pachną właśnie pierniczkami. Nigdy nie piekłam pierniczków, ale bardzo bym chciała. Gdybym miała piekarnik, to piekłabym je jak szalona – na choinkę, na prezent, do dużego słoika. I wtedy na pewno pachniałoby pierniczkami.



Ale święta mają więcej zapachów.
Mandarynek i pomarańczy – i nie wiem, których bardziej.
Jeszcze ciepłego sernika, którego mama nie każe kroić.
Makowca z dużą porcją maku, którego mama nie każe podjadać.
Przypraw korzennych – do ciasteczek i kompotu.
Gotowanej kapusty i ciasta na pierogi.
Czystych okien i płynu do podłóg.
Żywej choinki i gałązek, z których opadają igły i trzeba je wciągać odkurzaczem.
Suszonych owoców.
Sałatki jarzynowej z pokaźną porcją majonezu.
Mikołaja z czekolady.



Gdyby z tego wszystkiego zrobić świecę zapachową albo odświeżacz powietrza, to nie wiem, co by wyszło. Ale można byłoby na etykiecie napisać, że to „Święta” i byłaby to prawda.
Może każdy ma swoją ulubioną definicję świątecznego zapachu i jeszcze skojarzeń, które chce zapamiętać. Ja pamiętam, jak podjadałam orzechy włoskie, które rozbijał tata, a mama mówiła, że nie wystarczy do ciasta. Taty już nie ma, a mama nie dodaje tylu orzechów do sernika. Jest inaczej.
Jeśli kiedyś będę miała własne święta albo chociaż piekarnik, to będą całe w pierniczkach. Obiecuję. Przede wszystkim sobie.


