
Latem wszystko smakuje lepiej, przyprawione koperkiem sprzedawanym na bukiety, zamiast na pęczki.
W czerwcu powietrze jest słodkie od truskawek i malinowych pomidorów, a lipiec jest pełen czereśni. Potem pojawiają się śliwki i gruszki, ogromne dynie na jesień, zupę dyniową i ciasto pachnące cynamonem. Jabłka pachnące domową szarlotką, przetworami zamkniętymi w słoikach i wyjadanymi łyżeczką na zimę.
Pomiędzy warzywami jest uprzejme proszę i dziękuję, cierpliwie przesuwająca się kolejka i należność w gotówce. Nikt nikogo nie pospiesza, nie krzyczy, żeby otworzyć kolejną kasę i żeby podejść do samoobsługowych, bo zwyczajnie ich nie ma. Ludzie znają się wzajemnie, witają życzliwie i żegnają do następnego razu, aż znów przyjdą po rzodkiewkę.
Mam wrażenie, że nigdzie indziej nie widać takiej sezonowości i zmiany pór roku, jak na ryneczku, choć sklepy w galeriach handlowych organizują głośne, sezonowe wyprzedaże.
Żałuję tylko, że ryneczku nie można nigdzie oznaczyć w mediach społecznościowych. Za kilogram truskawek, jabłek i fasolki, mogłabym być co najmniej Ambasadorką niebieskich skrzynek z czereśniami i malin w papierowych opakowaniach.




















