
Nie pamiętam kiedy pierwszy raz spojrzałam w szybę jak w lustro i wcale nie po to, żeby zobaczyć swoje odbicie.
Zobaczyłam trójwymiarowy obrazek, jak kiedyś te na żetonach w paczkach chipsów i kukurydzianych chrupek o smaku pomidorowym.
Wielowarstwowe, nałożone na siebie, kompletne.
Być może niezgodne z żadną sztuką, ale zawierające za to wiele spojrzeń.
Przypadkowi przechodnie, nieznajomi ludzie w środku, witryny z nałożonym filtrem miasta.
Obojętne spojrzenia manekinów w przestrzeń przed sobą, lekko rozmazane kształty dwóch rzeczywistości – tej w środku i na zewnątrz. Przenikające się kolory, miejskie kontrasty i codzienne życia.
To ten sposób patrzenia, po którym nic już nie wygląda tak samo.
Od tej niewiadomej pory, robię to zawsze, kiedy mam sposobność, witrynę przed sobą albo czyjeś okno, w którym świat widać inaczej.
Pod różnym kątem, o różnych porach i perspektywach.
Uchwycone przypadkiem. Jak ta pani obok mnie na hulajnodze z napisem, że dziś będziemy robić wspaniałe rzeczy.


























