
Zaczęło się od zbierania ogórków w czasach, kiedy nie można było jeszcze roznosić ulotek. Poznałam różnicę między ogórkami dobrymi na małosolne, a sałatkowymi, które rosły zbyt duże, żeby włożyć je do słoika. Doceniłam pracę ludzi, którzy w pogodzie i niepogodzie zbierają warzywa, żeby wszyscy mogli pokroić je na kanapkę. I jeszcze to, jak wspaniale smakuje zimne, kakaowe Dan mleko kupione w Stokrotce w drodze powrotnej.
Z takim doświadczeniem trafiłam do legendarnego sklepu Go Sport, który już nie istnieje. Na początku byłam sprzedawcą i choć nigdy nie jeździłam na nartach, to potrafiłam wytłumaczyć działanie wszystkich warstw i zaawansowanych technologii przez to, że studiowałam włókiennictwo. W końcu zostałam Kierowniczką tekstyliów w małym, łódzkim sklepie, a potem w dużym, poznańskim. Miałam do czynienia z różnym rodzajem klientów, pracowników i miejscowej gwary, co było bardzo ciekawym doświadczeniem – zobaczyć i poczuć te wszystkie różnice.
Byłam merchendaiserką, układałam grafiki, prowadziłam rekrutacje, łatwe i trudne rozmowy, planowałam pracę działu, sklepu, analizowałam dane. Pisałam plany naprawcze, przyjmowałam dostawy, dbałam o obieg dokumentów i grube pieniądze w sejfie. Uczestniczyłam w zorganizowanej pułapce na złodzieja czapek zimowych i robiłam inwentaryzację.
Potem trafiłam do drogerii na podobne stanowisko obostrzone procedurami i odpowiedzialnością, której na początku się wystraszyłam. Odkryłam, co dzieje się po zamknięciu sklepu pachnącego kremem Nivea i proszkiem do prania. Wyrobiłam sobie mięśnie podczas całonocnych dostaw, poprawiłamcodzienną sprawność, szybkość i tylko czasem przegrywałam wyścig do alejki z kremami, które rozkładało się najlepiej. Poznałam cały proces zmiany promocji, na którą czasem noc była za krótka i widziałam, jak dosłownie wszystko znika z półek w okresie bożonarodzeniowym – to było jak świąteczna gorączka w filmach, ale na żywo.
Koordynowałam pracę nawet kilkunastu ludzi podczas zmiany, przyjmowałam konwój z otwartymi ramionami i drżącymi rękami, przekazując im takie kwoty, jakich jeszcze w życiu na oczy nie widziałam. Zamykałam zmiany, otwierałam nowe dni i zawzięcie czytałam etykiety kosmetyków, żeby móc doradzić komuś, kto będzie potrzebował pomocy. Widziałam zakłopotanych mężczyzn wybierających dziecięce kaszki i pieluszki na oko, choć czasem wykonywali telefon do przyjaciela i oddawali mi słuchawkę. Widziałam prawdziwe przerażenie w oczach kobiet, które nie chciały porzucić swoich koszyków uzbieranych podczas makijażowej promocji, kiedy zapowiedzieli ewakuację w Centrum Handlowym. Przyglądałam się nowościom w magazynie, które czekały na swoją premierę na półce w odpowiednim czasie i miałam wrażenie, że tworzymy swój własny, odmienny świat od tego rzeczywistego.

Firmy nie porzuciłam, ale przeszłam do Centrali i ogromnego biurowca, w którym przy wejściu odbija się kartę, jak w serialach na TVNie. Zostałam specjalistką ds. Marketingu i Kreacji Contentu. Pisałam dłuższe artykuły, średnie newslettery i krótsze hasła, widoczne w fizycznych drogeriach i wirtualnej aplikacji. Brałam udział w tworzeniu nowej marki, kreowałam bardziej czułe opisy kosmetyków niż tylko „posmaruj i poczekaj, aż się wchłonie”. Uczestniczyłam w spotkaniach z agencjami reklamowymi i domami mediowymi. Pomagałam w kreowaniu różnych kampanii, wydarzeń i byłam obecna w wewnętrznym ekosystemie. Swoje odciski zostawiłam m.in. w Wyjątkowym produkcie, Rossmann Run i Amo’ya, o których było głośniej niż dotychczas.



Pomiędzy tym wszystkim czułam jednak bardzo dużą potrzebę tworzenia, ale w taki sposób, jaki w korporacji nie był dostępny. Potrzebowałam ulokować gdzieś swoje myśli, wrażliwość i uczucia, niezgodne z żadnym schematem poza swoim wewnętrznym. Zaczęłam od szycia toreb z materiałów z odzysku, przekształciłam to w swobodne kolekcje ubrań, wyklikałam swoją stronę internetową łącznie ze sklepem i byłam dumna, że wszystko to działa, razem z podpiętymi płatnościami. Nauczyłam się dziergać, tkać, a haftowanie jeszcze przede mną. Prowadziłam warsztaty szycia, magazyn miałam w niewielkim korytarzu wynajmowanej kawalerki, aż pewnego dnia życie mnie pokruszyło tak, że już nie było co zbierać.
Trwało to długo, ale kiedy nie byłam w stanie tworzyć fizycznie, zajmowałam się pisaniem, słowami i obrazkami. Zaczęłam robić zdjęcia i nagrywać filmy, które stały się drobnymi opowiadaniami, łagodnymi dla serc innych. Któregoś dnia pomyślałam, że chciałabym spróbować robić to lepiej. A potem zaczęłam.



Dlatego jestem teraz tutaj, z całą swoją wrażliwością, doświadczeniem i jeszcze trochę pokruszonym sercem. Ale kapsel Tymbarka wróżył, że koniec jest nowym początkiem i niech tak będzie. I choć polegam głównie na swoim oku w okularach z zieloną oprawką i ciekawości, to odrobiłam techniczne lekcje, żeby wszystko było jeszcze bardziej prawdziwe, czasem wzruszające i zapadające w pamięć na zawsze, albo przynajmniej na długo.
Stopień Inżyniera mam z Włókiennictwa, pracę pisałam o mikrokapsułkach (przez co wiem, skąd bierze się nadruk w drukarkach bez tuszu, czemu krem zmienia kolor i jak działały ujędrniające rajstopy Nivea w dziale z balsamem do ciała i miały wyszczuplać nogi), natomiast Magistra robię już z życia. W miejsce kolejnych lat studiów, wybrałam kursy i aktywności, które nie zapewniły mi żadnego przedrostka przed nazwiskiem, za to wykształciły umiejętności ze szczerych zainteresowań, przy których mocniej zabiło serce.
Kształciłam się i uczyłam razem z:
- Akademią Fotografii w Warszawie – Kurs fotografii mobilnej
- Kursem fotograficznym od Busem Przez Świat – Projekt Fotografia
- Kursem filmowania i montażu Globstory
- Kursem Filmowanie w Pionie
- Kursem Smartphone Master (Adrian Kilar)
- Kursem od Edify – Content Creator
- Szkoleniem The UGC Girls Club
- Kursem Canvy – Grafika dla laika
- Kursem Jestem Interaktywna – WordPress
- E- bookiem Jestem Interaktywna – Newsletter krok po kroku
- Udziałem w konkursie oraz programie mentoringowym Girlboss.in prowadzonym przez Ewę Gadomską
- Kursem Brand New – budowanie tożsamości marki z Agatą Kiedrowicz
- Kursem projektowania i szycia ubioru









