Kim jestem?

Na imię mi Agnieszka, wiek i waga w normie, na zdrowie nie narzekam, a z zawodu to różnie bywało. Mam trochę marzeń, czasem wierzę w horoskop, choć nie mam pojęcia co przyszłość przyniesie. Poza tym, jestem człowiekiem – jak każdy potrafię się potknąć, zedrzeć kolano albo inny łokieć, rozpaść się na kawałki i posklejać na nowo. Wiadomo, różnie bywa, a drogi nie zawsze są proste.

Z czekolady wybieram ciastka, kocham kawę o każdej porze i w każdej ilości, a za szarlotkę dałabym się pokroić. Z zainteresowań jeszcze to sport, co rano biegam między 7 a 9 kilometrów, czasem przypadkiem wyjdzie 20. A jak sobie wyobrażę po drodze, że gram w reklamie Nike albo innego Adidasa, to już w ogóle +10 do szybkości. Próbuję zgubić boczki z Tiffany Rothe na YouTube, a Mel B codziennie mi powtarza, że na lato zrobimy sobie piękne nogi – takie mam przyjaciółki. 

Pół na pół pracuję w biurze i u siebie, a poza tym to wszystko w porządku. Z języków najlepiej znam własny, ale uczę się francuskiego – żeby umieć zapytać o drogę i poprosić o najlepszą bagietkę, jeśli przyjdzie mi pojechać na śniadanie do Francji, nigdy nic nie wiadomo.

W międzyczasie próbuję różnych rzeczy – w ogóle, w życiu i nie zawsze jest to chałka. W imię przyszłości wytatuowałam sobie bawełnę na ręce, a potem puzzelek, że wszystko się poukłada.

Gdyby ktoś dał mi Złote Myśli do wypełnienia, na pytania o ulubiony film, piosenkę i inicjały sympatii nie znałabym odpowiedzi, choć kiedyś wszystko wydawało się proste. Sekret wpisałabym na rogu i podpisała na końcu zeszytu, bo podpisywać się to akurat bardzo lubię. Ze znaków szczególnych – mam nierówne czoło, bo kiedyś zjawiskowo uderzyłam głową o chodnik, ale to blizna na miarę Harrego Pottera, więc z losem się nie kłóciłam. A może nawet powinnam dodać informację w dowodzie.

Czytać jeszcze lubię – zwykle książki, rzadko inną prasę, ale w nastoletnim wieku Bravo i Popcorn były numerem 1, wiadomo. Dziadek kupował zawsze Dziennik Łódzki albo inny Express Ilustrowany na szarym papierze, pachnący jeszcze drukiem i to było w nim najfajniejsze. Za to babcia miała całą kolekcję Harlequin’ów, które z siostrą później oddałyśmy do skupu książek, a za otrzymane pieniądze poszłyśmy na chińczyka.
Nie mam pojęcia, czy to się opłacało, ale na pewno było warto.

Jestem. Czasem bardziej, czasem trochę mniej i czasem potrzebuję się wyłączyć. Bywa, że baterie padają, a ja nie mam pojęcia gdzie jest ładowarka, a potem muszę ładować siebie dłużej niż zwykle. Ale wszyscy tak mamy, że część ludzi, rzeczy albo zdarzeń potrafi odebrać energię, którą potem uzupełnić trzeba samemu. 

I świat, świat jeszcze lubię z tym życiem, co czeka w pakiecie. Myślę sobie, że to jakaś świetlana przyszłość, bo właściwie, to czemu nie? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *